09.10.2017

Rozdział 11

Chodziłam w kółko jak poparzona. Ciągle wybierałam jeden numer na telefonie. Sygnał braku zasięgu doprowadzał mnie do szału.
— Gdzie ona jest!
— Uspokój się — rzucił Richie. — Może padła jej komórka, albo ma zwykłe problemy z siecią. Będzie mogła, to oddzwoni.
— Ale ja muszę z nią pogadać teraz, zaraz. Nie mogę tak siedzieć!
— Hej, nie denerwuj się — powiedział łagodnie, po czym wstał z kanapy i przytulił mnie. Rzeczywiście trochę za bardzo dawałam się nosić nerwom.
— Tak bardzo jest mi źle, Richie. Śmierć jest okropna. Co innego spekulowanie i plotkowanie, a co innego prawda. Jeśli on naprawdę nie żyje... ja nie wiem, co teraz będzie.
— Na pewno wszystko się ułoży. Przecież nie zamkną hotelu z tego powodu. Ma kto go prowadzić.
— Niby tak... — westchnęłam. Nalałam sobie wody do szklanki i wzięłam duży łyk. Musiałam się ogarnąć. — Lepiej powiedz, czy znalazłeś coś nowego.
Richie wrócił do laptopa.
— Już trzy strony piszą o trupie w kanionie.
— A co piszą?
— No tutaj na przykład, że przypuszczalnie ciało leżało w ziemi nawet kilka dni.
— Wiesz co to oznacza? Że w momencie, gdy wszyscy zastanawialiśmy się gdzie jest pan Christopher... On prawdopodobnie już nie żył.
I znowu te łzy w oczach. Słowa „nie żył” ledwo co przechodziły mi przez gardło. Ciągle miałam nadzieję, że to pomyłka. W końcu dziennikarze lubią szukać sensacji, podkoloryzowywać fakty. Usłyszeli o zaginięciu, powiązali to... Przecież policja nie wydała jeszcze oświadczenia. Nie zamierzałam iść spać, dopóki nie pojawią się wiarygodne informacje.
— Dobra, chrzanić Laurę, dzwonię do Nate'a.
Ten, w odróżnieniu od mojej przyjaciółki, odebrał już za pierwszym razem.
— Tak, halo? — powiedział zaspanym głosem.
— Cześć.... Obudziłam cię?
— Jeszcze nie, dopiero kładłem się do łóżka. Jestem padnięty. Co tam?
— Czy... słyszałeś co się stało?
— A co się stało?
Nic nie wiedział. Wzięłam głęboki oddech.
— Policja znalazła zwłoki w kanionie, niedaleko Hidden Lake. Nawet nie wiem gdzie to...
— Na zachód od Boulder, tam w pobliżu jest...
— Nate, to nieważne. Zwłoki, słyszałeś? Znaleźli. Tam. Zwłoki.
— Jakie zwłoki? Czekaj, chyba nie chcesz mi powiedzieć, że chodzi o Tuckersona?
— To jeszcze nieoficjalne, ale już cały internet o tym huczy.
Przez chwilę Nate nie odzywał się. Pewnie próbował przetrawić usłyszaną informację. Cierpliwie czekałam, aż usłyszałam ciche „o kurwa”.
— Przepraszam, że zepsułam ci wieczór. Ale ja musiałam z kimś porozmawiać. Laura nie odbiera, a ja normalnie wychodzę tu z siebie.
— Nic nie szkodzi. Dobrze, że zadzwoniłaś. Przynajmniej nie będę zaskoczony, jeżeli jutro nawiedzi nas policja... Cholera, nie wiem co powiedzieć.
— Nic nie musisz, idź już spać. Przepraszam jeszcze raz. Porozmawiamy jutro.
— Tak, oczywiście. Dobrych snów.
— Przydałoby się — powiedziałam już do siebie po zakończeniu rozmowy. Następnie zwróciłam się do Richiego. — Masz coś nowego?
— Minęło dopiero pięć minut. Może ty też powinnaś iść spać? Wyglądasz źle, cała się trzęsiesz. I jeszcze chrypę dostałaś.
— Nie usnę, dopóki nie dowiem się, czy to Tuckerson, czy nie, rozumiesz? Muszę to wiedzieć.
Wtedy zadzwonił mój telefon. Na wyświetlaczu pojawiła się Laura.
— Czemu nie odbierałaś? Wszystko u ciebie w porządku?
— Tak, żyję. Przynajmniej ja.
Krępująca, boląca cisza.
— A więc? Co się stało?
— Awaria telefonu. Dopiero co ogarnęłam zastępczy. — Pociągnęła nosem. — Rozumiem, że już słyszałaś wieści?
— Po to do ciebie wydzwaniałam przez cały wieczór...
— Jestem załamana, Bell. Nie sądziłam, że aż tak mnie to dotknie. Nie wiem co ze sobą zrobić.
— Jest jeszcze cień szansy, że to pomyłka. Módlmy się o to, dopóki nie podadzą oficjalnej wiadomości...
— Za późno — wtrącił Richie zapatrzony w telewizor. Właśnie zaczął się serwis informacyjny.
— Policja potwierdziła, że zwłoki znalezione dziś po południu niedaleko Hidden Lake należą do Christophera Tuckersona, właściciela hotelu Oxford, jednego z najstarszych hoteli w Denver. Mężczyzna zaginął bez śladu ponad tydzień temu, a dziś na jego ciało natknęli się turyści. Policja wszczęła śledztwo w sprawie zabójstwa.
— No to teraz mogę iść spać — wymamrotałam pod nosem i udałam się w stronę swojej sypialni. W tamtym momencie pragnęłam tylko głębokiego snu, chociaż bałam się, że nie będę mogła nawet zmrużyć oka.
* * *
Od tego wszystkiego naprawdę mnie rozłożyło. Drapało mnie w gardle, bolała głowa i miałam dreszcze. Na szczęście termometr pokazał, że to tylko stan podgorączkowy. Założyłam więc drugą parę skarpet i wypiłam gorącą herbatę z cytryną i imbirem zamiast porannej kawy. Żadne choróbsko nie mogło zatrzymać mnie w domu.
— Podwiozę cię. Tak wieje, że pochorujesz się jeszcze bardziej — powiedział Richie przed wyjściem.
— Dziękuję. Kochany jesteś.
Bałam się tego, co zastanę w Oxfordzie. Bałam się, co stanie się z hotelem. Christopher Tuckerson nie żył. Zastanawiałam się, czy Lewis poradzi sobie z ogarnięciem tego wszystkiego. Spadł na niego ogromny ciężar. Ja na jego miejscu pewnie nie wyrobiłabym psychicznie.
Pierwsze co zrobiłam po wejściu do środka to pobiegnięcie na recepcję. Nate jednak był zajęty. W kolejce przed ladą stało z pięć osób, nie było więc sensu czekać. Miałam nadzieję złapać go później.
Myślałam, że atmosfera w dniu rozejścia się wieści o zaginięciu właściciela była beznadziejna. Ale to, co zobaczyłam w tamten wtorkowy poranek w szatni, dobiło mnie jeszcze bardziej.
W kącie ustawiły się szepczące ze sobą kelnerki, wszystkie z grobowymi minami. Clarissa, kierowniczka sali, dyskretnie ocierała łzę. Natomiast Laura siedziała z głową schowaną w dłoniach. Nawet nie ruszyła się, gdy usiadłam obok.
— Trzymasz się jakoś?
— Nie wierzę, że już go nie ma. To był dobry człowiek. Nie wiem, kto mógłby chcieć go skrzywdzić.
— Jeszcze niedawno mówiłaś, że ktokolwiek.
— Wiem. Ale wtedy chyba nie zdawałam sobie sprawy, że on naprawdę może nie żyć. Boję się, wiesz? — W końcu na mnie spojrzała. — To naprawdę mógł zrobić ktokolwiek. Nawet ktoś od nas. To przerażające, ale prawdopodobne.
— Na pewno policja znajdzie jakieś ślady i wszystko wkrótce się wyjaśni. A teraz chodź, trzeba żyć dalej...
Na odprawę przyszłyśmy trochę spóźnione. Mimo to Vivian jeszcze nie było, tak samo jak Dahlii. Panowała drętwa atmosfera. Laura wciąż wyglądała na zgaszoną, a Jane znudzona siedziała przy stole stukając palcami o blat.
— Powiesz coś? — powiedziałam do niej.
— A co mam powiedzieć? Że jest mi smutno? No jest, ale czy to coś zmieni?
— A nie interesuje cię, kto to zrobił? Jak Oxford będzie wyglądał w najbliższej przyszłości?
— Staruszek biedy nie klepał, więc pewnie poszło o forsę. Może robił coś na lewo? Tego też nie wiemy. A co do Oxfordu... Jakby zbankrutował, to byłoby do dupy, ale nie płakałabym po utracie pracy. I tak nie zamierzam do końca życia biegać z mopem.
— Przepraszam za spóźnienie. — Do kantorka dotarła zdyszana Vivian. — Niestety spotkanie u dyrektora trochę się przedłużyło. Zresztą, pewnie domyślacie się dlaczego. Nie przedłużajmy więc i od razu zabierajmy do rozdzielenia pracy.
— Nie pędź tak. Ile kaw już dziś wypiłaś?
— O dwie za dużo. — Kierowniczka uśmiechnęła się nienaturalnie na uwagę Laury. Otworzyła swój notatnik, a potem rozejrzała się po kantorku. — A gdzie jest Dahlia?
Żadna z nas nie wiedziała.
— Czy może któraś do niej zadzwonić?
— Przecież nie mamy przy sobie komórek — rzuciła Jane.
— No tak. To ja zadzwonię. Przecież jest już spóźniona dwadzieścia minut. — Wyjęła telefon i wybrała numer. — Halo? Dahlia? Tu Vivian. O której będziesz?... No chyba sobie żartujesz... Zostaniesz przez to godzinę dłużej w robocie... Dobrze, czekam.
Kierowniczka poinformowała nas, że Dahlia będzie za pół godziny, bo coś ją zatrzymało.
— Naprawdę nie powinnaś być taka ostra. Nie dzisiaj — zasugerowała Laura.
— To co się stało, to nie powód, by nie przychodzić do pracy.
— I tak uważam, że jesteś za surowa. Odpuść trochę.
Vivian oparła się o stół i wzięła pierwszy od początku odprawy głęboki oddech.
— Dziewczyny, posłuchajcie. Wszyscy są wstrząśnięci tym, co się wydarzyło. Ale hotel musi normalnie funkcjonować. Goście nie mogą odczuć, że personel jest w gorszej formie. Nie mogę wam pozwolić lekceważyć obowiązków. Mam nadzieję, że to rozumiecie.
— A powiesz chociaż co słychać u managera? — spytałam.
— Nie daje tego po sobie poznać, ale na pewno mocno to wszystko przeżywa. Bądźcie więc dla niego wyrozumiałe. Między innymi dlatego powinnyście pracować tak jak zawsze. Żeby nie poczuł, że nie daje sobie rady.
— A ty jak myślisz? Da sobie radę?
— Nie jest ekspertem hotelarstwa, ale żółtodziobem z ulicy też nie. Chociaż pewnie będzie potrzebował wsparcia.
— To co, teraz planujesz aplikować na stanowisko managera? — palnęła Jane.
— Rzeczywiście, to wspaniały moment, by myśleć o awansie. — Vivian spojrzała na nią spod byka. — Znajdź ty w sobie trochę empatii.
* * *
Szłam korytarzem na czwartym piętrze. Patrzyłam na obrazy w zdobionych ramach, dębowe kredensy oraz stojące na nich zabytkowe figurki i lampy. Mijałam hotelowych gości, którzy, jak gdyby nigdy nic, wchodzili i wychodzili z pokojów. Wszystko wyglądało tak zwyczajnie, a jednak brakowało jednego szczegółu.
Brakowało duszy Oxfordu — Christophera Tuckersona. Nie docierało do mnie, że go zabrakło. Przecież jeszcze niedawno patrzyłam, jak maszerował dumnie korytarzem mając na sobie te swoje charakterystyczne okulary w grubych oprawkach i klasyczną czerwoną chusteczkę w kieszonce garnituru. Ciągle miałam przed oczami jego uśmiech i słyszałam jego głos, który witał mnie w pierwszym dniu w nowej pracy. Nie mogłam uwierzyć, że to koniec. Że on już nigdy nie odwiedzi miejsca, które było dla niego najważniejsze na świecie.
Zapukałam do pokoju 401. Goście prosili o dodatkowy zestaw ręczników. O mało co ich nie upuściłam, gdy zabierałam je z półki. Nie miałam siły w rękach. Wiedziałam, że pierwsze co zrobię, po zejściu na przerwę, to napicie się rozgrzewających ziółek z miodem.
— Dzień dobry. Prosili państwo o ręczniki.
— Tak, tak. I jeszcze, gdyby pani mogła, dwie dodatkowe szklanki.
— Oczywiście.
Wzięłam z wózka co trzeba i położyłam na stole w pokoju. Kobieta sięgnęła do portfela i wręczyła mi napiwek.
— A tak przy okazji... To prawda, co mówili w telewizji? Że zmarł właściciel tego hotelu?
— Niestety, to prawda.
— To straszne. — Kobieta złapała się za pierś. — Jesteśmy tu z mężem czwarty raz. Zatrzymujemy się tu zawsze, gdy jesteśmy w Kolorado.
— Mam nadzieję, że mimo wszystko nadal będą państwo nas odwiedzać. Tymczasem życzę miłego pobytu. Do widzenia.
Trochę uciekłam od tej rozmowy. Czułam, że gdybym dłużej o tym mówiła, rozchorowałabym się jeszcze bardziej. Ciekawiło mnie, ile podobnych pytań usłyszę w najbliższym czasie i ile fałszywych uśmiechów będę musiała pokazać...
* * *
Z kubkiem gorącej herbaty zaparzonej w kantorku i opatulona swetrem udałam się na stołówkę. Usiadłam obok Laury i Dahlii. Wyglądała nie najlepiej, żadna nowość. Już miałam się jej pytać o powód spóźnienia, ale zrezygnowałam. Ostatnio chyba za bardzo zamęczałam ją różnymi pytaniami. Obawiałam się tylko co będzie, gdy Lewis dowie się o jej późniejszym przyjściu. Wszyscy przecież wiedzieli, jak potraktował Sam ze takie zachowania.
Wkrótce dosiadła się do nas Jane.
— Młody Tuckerson jest wściekły — rzuciła od razu. — Na moich oczach nawrzeszczał na kelnerkę, potem wpadł na mnie nawet nie przepraszając, a na końcu tak trzasnął drzwiami, że prawie wyleciały z zawiasów.
— Dziwisz się? — powiedziała Laura. — Właśnie zmarł mu ojciec... Jedni odreagowują płaczem, inni agresją.
— Ale nie powinien wyżywać się na pracownikach. Czy czegoś podobnego nie powiedziałaś dziś rano do Vivian?
— Jane, spokojnie — powiedziałam. — Trzeba dać mu czas na przełknięcie tej informacji.
— Mam nadzieję, że Lewis szybko ją przełknie i nie narodzi się tu jakiś mobbing. Nie mam zamiaru użerać się z szefem tyranem.
— Przepraszam was — rzuciła nagle Dahlia, po czym odeszła od stołu zostawiając jedzenie i wybiegła ze stołówki.
— A tej co się stało? — spytała Jane.
— Też chciałabym to wiedzieć — odparłam. — Ale już nawet przestałam się starać, by coś z niej wyciągnąć.
— A może ona jest w ciąży? No wiecie, niektóre źle to przechodzą. Moja siostra w ciąży ryczała co pięć minut i prawie mdlała.
— O tym nie pomyślałam — powiedziałam zaintrygowana. — Ale po co miałaby to ukrywać? Chyba, że sama jeszcze nie jest pewna.
— Albo zrobiła skok w bok. 
Tekst Jane był raczej typową, luźną uwagą z jej strony, ale zważając na to, o czym ostatnio rozmawiałyśmy z Laurą... Wprawdzie teoria o romansie Dahlii nie miała żadnych solidnych podstaw, ale to wystarczyło, by moja przyjaciółka znowu zaczęła spekulować.
— Ta ciąża to nawet nie takie głupie — powiedziała, gdy wracałyśmy z przerwy. — Dahlia od jakiegoś czasu jest przemęczona, źle się czuje, teraz jeszcze te humorki.
— Ciąża to tylko jedna z wielu opcji. Ostatnio zdradziła mi, że bierze leki na bezsenność.
— Wow, naprawdę coś ci powiedziała? Nie wiem, może to i bezsenność, a może i nie.
— Tak, wiem co łazi ci po głowie. Tylko, że romans to jedno, ale zajście w ciążę z kochankiem to drugie. Nie leciałabym aż tak daleko.
— Ale powiedzmy, że naprawdę zaciążyła. Boi się, że to nie dziecko Jamesa, więc się stresuje, nie sypia i dlatego ostatnio wygląda jak chodząca śmierć. A dodając do tego to, co widziałam...
— Nie, Laura. Nie mieszaj w to Lewisa. Może i sytuacja między nimi była niecodzienna, ale to nie musi świadczyć o romansie, to trochę naciągana historia. Zrobienie dziecka pracownicy, zabicie ojca... O co go jeszcze oskarżysz, co?
— Czepiasz się, jakbyś sama nie lubiła czasem poplotkować. Nic nie poradzę na to, że niektóre zdarzenia aż proszą się, by coś do nich dopowiedzieć. Pewnie się mylę, tak, ale jak zasugerowałam, że pan Christopher nie żyje, to też kazałaś mi się puknąć w głowę. Ostatnio mam po prostu przeczucia.
— Mogłabyś chociaż raz mieć przeczucia na jakiś dobry temat, wiesz?
* * *
Po skończonej robocie od razu udałam się na recepcję. W końcu mogłam porozmawiać z Natem. Na szczęście nie wyglądał na zbytnio zajętego. Siedział na krześle zapatrzony sztywno przed siebie. Musiałam puknąć w ladę, by się ocknął.
— Jak nastrój?
— A jak myślisz? — Wstał z krzesła. — Trudno się skupić na pracy, gdy masz świadomość, że gdzieś po mieście chodzi zabójca twojego szefa, a do tego męczą cię dziennikarze.
— Byli tu dziś?
— Z samego świtu była tu jakaś dziennikarka z radia. Miałem też dwa telefony z różnych gazet. Ale co ja mogę im powiedzieć? Nie wiem na co oni liczą...
— A jak reagują goście?
— Daj spokój. Odpowiedziałem dziś na jakieś tysiąc pytań dotyczących śmierci właściciela. Do tego trzy osoby anulowały rezerwacje. Jedna kobieta stwierdziła, że śmierć to zły omen i nie zamierza tu spać.
— Chyba jeszcze nie słyszała o naszych hotelowych duchach — zaśmiałam się pod nosem, by trochę rozładować napięcie. — Myślisz, że obłożenie drastycznie spadnie?
— Nie, aż tak to nie. Bardziej martwię się o to, jak hotel będzie dalej prowadzony. I przez kogo. Przecież młody Tuckerson nie może być tu jedynym dyrektorem. Kompletnie mi się to nie widzi.
— A propos, rozmawiałeś dziś z nim?
— Przez chwilę. Nie wyglądał na zbytnio wzruszonego, ale był zdenerwowany. Ciągle dzwonił mu telefon, a on tylko odrzucał połączenia przeklinając pod nosem.
— Współczuję mu. Nie wiem co bym zrobiła, jakbym straciła któregoś rodzica. A on już stracił i matkę i ojca...
Nate nie odpowiedział. Obydwoje zamilkliśmy. Bo co więcej można było dodać? Taka tragedia zawsze wywołuje smutek. Bez względu na to kogo dotyczy.
Odeszłam od recepcji, gdy Nate zajął się hotelowymi gośćmi. Rozejrzałam się wokół w poszukiwaniu Laury, ale jej nigdzie nie było. Pomyślałam, że może już wyszła, więc też skierowałam się ku drzwiom.
Po drodze dołączyłam do Dahlii, która właśnie zeszła ze schodów. Vivian na szczęście nie dotrzymała obietnicy o przetrzymaniu jej dłużej w pracy.
— Jak się trzymasz po tym wszystkim? — zapytałam.
— Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Pan Christopher był złotym człowiekiem. To musiał być nieszczęśliwy wypadek, bo nie wyobrażam sobie...
Dahlia przerwała, gdy po wyjściu na ulicę wyrósł przed nami jakiś mężczyzna. Jej narzeczonego widziałam tylko raz na fotografii, ale wydawało mi się, że to był właśnie on.
— Co ty tu robisz?
— Przyjechałem po ciebie — odpowiedział James niezbyt miłym tonem. Zdawało się, że w ogóle nie zauważył mojej obecności.
— Przecież nie musiałeś...
— Musiałem, musiałem. Żebyś pojechała ze mną prosto do domu.
— A gdzie indziej miałabym jechać? — Głos Dahlii załamał się.
— Ty już dobrze wiesz gdzie.
— Przecież mówiłam ci, że w nocy byłam u koleżanki...
— Dobra, wsiadaj. Nie będziemy się kłócić w miejscu publicznym.
— Przepraszam cię — Dahlia szepnęła w moją stronę, po czym weszła z narzeczonym do samochodu i odjechała.
Stałam na środku chodnika zastanawiając się nad sceną, której chwilę temu byłam świadkiem. Chyba w ich związku nie układało się najlepiej. Z przemyśleń wyrwała mnie Laura, która właśnie wyszła z hotelu i stanęła obok.
— Wszystko dobrze? Wyglądasz jakbyś ducha zobaczyła.
— Laura, chyba miałaś rację.
— Rację w czym?
— Myślę, że Dahlia może mieć kochanka.

________________________

Jedenastka to rozdział przejściowy. Więcej rozmów, przemyśleń, wątków prywatnych. Do tych bardziej „kryminalnych” wrócimy już niebawem ;)
Do zobaczenia jeszcze w październiku!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Podziel się swoją opinią :)