19.09.2017

Rozdział 10

Usiadłam przed komputerem. Włączyłam składankę z letnimi hitami. Chciałam w ten sposób zagłuszyć świszczenie wiatru oraz rozjaśnić trochę mroczne myśli w głowie. Ostatecznie niewiele to dało, mimo że mimowolnie moja noga podrygiwała w rytm muzyki.
Mój mózg przypominał ostatnio górę śmieci. Zewsząd docierały do mnie nowe informacje, plotki, teorie. Chcąc nie chcąc, znalazłam się w środku czegoś, czego nawet nie potrafiłam nazwać. Mimo że nie dotyczyło mnie to bezpośrednio, nie umiałam już pozostać obojętna. Nie w momencie, kiedy mój szef zaginął bez wieści, przyjaciółka flirtowała z właścicielem szemranego kasyna, a do mnie zagadywał podejrzany agent ubezpieczeń, który, z niezrozumiałych dla mnie przyczyn, sprzedawał mi bajeczki o urlopie, w które przestawałam już wierzyć. To wszystko musiało się jakoś łączyć. Tylko jak?
Chciałam w końcu znaleźć te cholerne odpowiedzi. Dowiedzieć, co dzieje się wokół mnie.
Przez chwilę nie mogłam sobie przypomnieć jak na nazwisko miał Vince. Nie umiałam przebić się przez tę śmieciową górę myśli. Zazwyczaj nie miałam problemów z pamięcią, ale wtedy nie potrafiłam się skupić. Mason, Clinton...
— Milton — powiedziałam pod nosem, w końcu sobie przypominając. Wpisałam nazwisko w internetową wyszukiwarkę.
Znalazłam dwa konta społecznościowe. Jedno należało do jakiegoś rudowłosego nastolatka z Michigan. To raczej nie to. Drugie konto było już lepszym trafem. W ikonce widniało zdjęcie Vince'a. Niestety, cały profil został ustawiony jako prywatny. Nie mogłam zajrzeć do jego albumów, przejrzeć listy znajomych, sprawdzić innych szczegółowych danych.
Nie poddałam się jednak i szukałam dalej. Wpisywałam w pasek wyszukiwarki wszystkie frazy jakie wpadły mi na myśl. Vince Milton Atlantic City. Vince Milton ubezpieczenia. Vince Milton Black Hawk. Vince Milton Black Jack.
Nic. Kompletnie nic.
Nawet nie wiedziałam, co ja chciałam znaleźć. Jego akt urodzenia? Życiorys? Kompletnie bez sensu.
Vince pozostawał dla mnie tajemnicą. Człowiekiem zagadką. Pojawił się znikąd i, choć trudno było się do tego przyznać, trochę wkradł się do mojej głowy. Myśl, że prawdopodobnie nie mówił mi wszystkiego, sprawiała, że czułam się oszukana.
Ciągle byłam głodna wyjaśnień. Odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Nie przestawałam przeszukiwać odmętów internetu w poszukiwaniu czegokolwiek. Jakiejś wzmianki o Miltonie, Porterze, jego ewentualnym kasynie w Black Hawk, powiązaniach z Tuckersonem... Ale nie znalazłam nic. Mimo że mogłam się tego spodziewać, poczułam rozczarowanie.
Postanowiłam ponownie zajrzeć na profil Black Jack na stronie z recenzjami. Pojawiło się kilka nowych komentarzy od tamtego czasu. „Świetny klimat”, „Dobra obsługa”, „Pyszne drinki”, „Fajne dziewczyny”.
Nuda.
Odeszłam od komputera i rzuciłam się na łóżko. Byłam całkowicie bezradna.
* * *
Chyba pierwszy raz w życiu żałowałam, że nie pracowałam w soboty. Ta niewiedza i niemoc mnie męczyły. W domu mogłam tylko bezczynnie siedzieć na kanapie, a w Oxfordzie? Porozmawiać z ludźmi, może dowiedzieć się czegoś nowego w sprawie pana Christophera. Nie mogłam tkwić w tej bezsilności. Zjadała mnie od środka.
Postanowiłam napisać do Laury. Była moim jedynym ratunkiem. Richie wyszedł na spotkanie z jakimiś starymi znajomymi i cisza panująca w mieszkaniu była nie do wytrzymania. Zaprosiłam więc przyjaciółkę do siebie. Zjawiła się w mgnieniu oka, jakby czekała na to zaproszenie. Okazało się, że też nie potrafiła znaleźć sobie miejsca.
— Śnił mi się dziś Josh — rzuciła, otwierając paczkę herbatników. — Złapał mnie za rękę i powiedział, że musi mi coś wyznać.
— I co ci wyznał?
— Nic. Bo się obudziłam.
— Szkoda. Może by ci powiedział, gdzie jest pan Christopher... — Zaśmiałam się pod nosem.
— Bell, ja mam jakieś złe przeczucia. — Odłożyła ciastka i spojrzała na mnie. — Nie ma go już tydzień. Tuckerson to bogaty, szanowany człowiek, właściciel sławnego hotelu. Nie zostawiłby biznesu ot tak. Mogłoby chodzić o porwanie dla okupu, ale wtedy to nie trwałoby tak długo, co? Chyba, że Lewis to przed wszystkimi ukrywa... A jeśli on... naprawdę nie żyje?
— Nawet nie chcę sobie tego wyobrażać. — Po moim ciele przebiegły dreszcze. — Tylko, że co się mogło wydarzyć? Miał wypadek? Chyba policja już by się o tym dowiedziała?
— Bo może to wcale nie był wypadek? Wiesz, co mam na myśli.
Jeszcze bardziej zadrżałam.
— Niby ktoś mu coś zrobił? Kto?
— Nie wiem, ktokolwiek. Nie wiemy wszystkiego o jego życiu. Może miał z kimś na pieńku. A nawet znam jedną osobę, z którą się ostatnio kłócił.
— Masz na myśli Lewisa? Ty kompletnie zwariowałaś.
— Sama pomyśl. Nie zgłosił od razu zaginięcia. Nie martwił się o własnego tatę?
— Mogli być po prostu w nie najlepszych stosunkach.
— Ale łączy ich też praca. To tak jakby zaginął jego wspólnik. A on zorientował się dopiero po kilku dniach.
— No nie wiem... — Pokręciłam głową. — Lewis musiałby mieć silny motyw, by zabić własnego ojca.
— Wystarczy, że się posprzeczali i doszło do wypadku. Lewis spanikował, pozbył się ciała, potem udawał idiotę, na końcu poszedł na policję, by nie ściągać na siebie podejrzeń.
— Wiesz, że to się kupy nie trzyma? Na pewno już go przesłuchiwali i sprawdzili wszystko. Sam by się tak wystawił?
— Może jest zbyt pewny siebie? Zresztą, na pewno jest. — Machnęła ręką.
To była zdecydowanie najbardziej pokręcona i nieprawdopodobna teoria ze wszystkich. Nawet przez sekundę nie przemknęło mi to przez myśl. Jakim trzeba być psychopatą, żeby dopuścić się czegoś tak paskudnego? Lewis może nie był idealny, ale czy posunąłby się aż tak daleko? To byłby koszmar nad koszmary.
Rozmawiałyśmy z Laurą kilka godzin. Wymieniłyśmy wszystkie myśli, jakie zaprzątały nasze głowy. Wymyślałyśmy coraz to idiotyczniejsze teorie. Spowodowało to, że zadawałam sobie jeszcze więcej pytań, ale jednocześnie trochę mi ulżyło. Dobrze, że miałam taką przyjaciółkę. Tylko jej mogłam się tak wygadać.
* * *
W poniedziałek do pracy pędziłam jak na złamanie karku. Nie byłam spóźniona, nawet pojawiłam się sporo przed czasem. Po prostu miałam już dosyć siedzenia w domu. Nie paliłam się do sprzątania toalet, ale chciałam znowu znaleźć się w centrum wydarzeń. Być bliżej źródła informacji. Mimo że z jednej strony trochę mnie to już męczyło, to jednak bardzo martwiłam się o właściciela. Z dnia na dzień coraz bardziej. A już zwłaszcza po rozmowie z Laurą.
Weszłam do szatni. Pod swoją szafką siedział Nate i rozmawiał przez telefon.
— Jak to cię nie będzie?... Mam tu całą dobę siedzieć?... A szef nie może zadzwonić do Rachel, by przyszła na zastępstwo?... Dobra, dobra, pogadam z nim. Na razie.
— Cześć. Złe wieści z samego rana? — spytałam.
— Alice nie przyjdzie dziś do pracy.
— Rozchorowała się?
— Nie wiem, ale wczoraj czuła się dobrze. — Wstał z ławki i przeciągnął się. — Ech, lecę pogadać z Tuckersonem. Do zobaczenia.
W kantorku była tylko Dahlia oraz Vivian, która pisała coś w swoim notesie. Dahlia miała spore sińce pod oczami i cały czas ziewała. Każdy jest czasem niewyspany lub przemęczony, ale ona? Ostatnio ciągle jej się to zdarzało.
Podeszłam do niej.
— Jak samopoczucie?
— Okej — odparła tylko.
— Na pewno? Nie wyglądasz najlepiej. Taka beznadziejna pogoda, może jakaś grypa cię rozkłada? Alice też się chyba rozchorowała, mój współlokator nawet ostatnio kaszlał...
— Słuchaj — zaczęła niemiłym tonem. — Miło, że się martwisz, ale nie masz o co. Czuję się dobrze.
— Ale tak nie wyglądasz.
— Źle ostatnio sypiam, okej? Nie przejmuj się mną, biorę leki.
— Dobrze, chciałam tylko pomóc.
Zakończyłam rozmowę. Jeżeli Dahlia naprawdę nie potrzebowała wsparcia, to nie mogłam naciskać. Jednak w głębi duszy i tak czułam, że coś ją trapi. Może przechodziła kryzys ze swoim narzeczonym.
Po niecałych dwudziestu minutach byłyśmy już po odprawie. W dłoniach trzymałam rozpiskę pokojów. Do ogarnięcia dostałam piętro drugie. Moją uwagę zwróciła jedna pozycja na liście.
Pokój numer 206. Pani Camila Gomez. Antyalergiczna pościel i woda różana.
Przecież w tym pokoju zameldowany był Vince. Czy to znaczyło, że opuścił już Oxford? Nic dziwnego, siedział tu ponad tydzień. Jednak zrobiło mi się dziwnie smutno. Mimo wszystkich wątpliwości, które miałam co do niego, sądziłam, że chociaż pożegna się przed wyjazdem.
Wyglądało, że to już koniec tej znajomości i już nie dowiem się o nim niczego więcej.
— Niestety twój plan zeswatania mnie nie wypali — powiedziałam Laurze, gdy szłyśmy razem w stronę windy. — Vince wyjechał.
— Jak to? I nawet nie wziął od ciebie numeru telefonu?
— Chyba jednak nie leciał na mnie, tak, jak stwierdziłaś.
— Jego strata.
— Oczywiście — zaśmiałam się do siebie. — A co z Porterem? Też się w końcu nie umówiliście. Odpuścił?
— Nie. Piszemy ze sobą. Czasem. Wysyła mi wiadomości na dobranoc. Ciągle chce się spotkać.
— Czyli nie planuje opuszczać Kolorado...
— Najwidoczniej.
— Czemu nie pójdziesz z nim na tę kawę? Myślałam, że chcesz.
— Ciągle się waham. — Skrzywiła się. — Boję się, że sobie za dużo wyobrazi. Poza tym, wciąż pamiętam, co ty o tym wszystkim sądzisz.
— Już ci powiedziałam, że możesz się spotykać z kim chcesz. Masz tylko być ostrożna, bo jak dla mnie typ nie jest do końca uczciwy.
— A wy co tu jeszcze robicie? — rzuciła zbliżająca się w naszą stronę Vivian. — Już dawno powinnyście pracować. Z ploteczkami poczekajcie do przerwy.
Musiałyśmy przerwać poranne pogaduchy. Czekała nas praca, na którą naprawdę nie miałam tamtego dnia ochoty.
* * *
Nic tak nie poprawia humoru jak wymiociny pod prysznicem, podarta w strzępy pościel i pretensje kobiety o jeden niesprzątnięty paproch z dywanu. Potem doszła do tego awaria pralki i dwa zepsute żelazka. Miałam dość.
Gdy dzień mojej pracy się skończył, odetchnęłam. Bolały mnie plecy, głowa i jeszcze skaleczyłam się w palec. Rano sugerowałam Dahlii, że może łapie ją choroba, a tymczasem sama czułam się, jakby dopadała mnie gorączka.
Laura dostała jakiś nadprogramowy pokój do sprzątnięcia na zaraz. Poprosiła, bym na nią zaczekała piętnaście minut. Skorzystałam więc z chwili, by usiąść w szatni i odpocząć. Przez ostatnie kilka godzin nie usiadłam ani razu.
Gdy tak odpoczywałam, do szatni wszedł Nate.
— O, dobrze, że jeszcze cię złapałem.
— Coś się stało?
— Tak jakby. Mam coś dla ciebie.
Wręczył mi kopertę podpisaną moim imieniem.
— Co to?
— Wczoraj wieczorem jakiś facet dał to Alice i kazał ci przekazać. Dopiero teraz się o tym dowiedziałem.
— Och... Dzięki — odparłam, przyglądając się bardzo ładnemu pismu na kopercie.
Nate wciąż tam wstał. Spojrzałam na niego pytająco.
— To od naszego gościa?
— Nie wiem, przecież jeszcze nie zajrzałam do środka.
— Wiesz, że spoufalanie się...
— Tak, wszystko wiem. Dziękuję za dobrą radę. I za liścik.
— Spoko. Zawsze do usług.
Odwrócił się na pięcie i wyszedł. Ja natomiast z ciekawością otworzyłam kopertę. W środku znajdowała się kartka papieru, a na niej numer telefonu i krótka notka.
„Przepraszam, że się nie pożegnałem. Zadzwoń, proszę. Chcę z tobą porozmawiać. Vince.”
Jednak całkowicie mnie nie olał... Miło z jego strony. Ale żeby od razu dzwonić? Na jaki temat chciał ze mną porozmawiać? Miał na myśli coś konkretnego, czy takie tam pogaduszki o pięknym Kolorado, którym zachwycał się za każdym razem, jak gawędziliśmy? I skoro wyjechał już z Denver, to nawet byśmy się nie spotkali.
Chyba, że nie wyjechał. Tak jak Porter...
— Już jestem — rzuciła Laura wpadając zdyszana do szatni. — Tylko się przebiorę i możemy iść.
Szybko schowałam kopertę do torby. Nie chciałam jej o tym mówić. Znowu rzucałaby różnymi komentarzami, a ja nie miałam chwilowo siły na wysłuchiwanie ich. Chwyciłam więc swoje manatki i wyszłyśmy razem z hotelu.
* * *
Richie wrócił do domu późnym popołudniem. Zastał mnie w sypialni, jak siedziałam na łóżku z kubkiem herbaty w jednej dłoni i liścikiem od Vince'a w drugiej.
— A co ty tam masz?
— A nie interesuj się. — Schowałam kartkę za siebie.
— Czego się wstydzisz? Dostałaś miłosny list? Masz cichego wielbiciela? Szczęściara!
— Jaka tam szczęściara. Ja raczej nie mam szczęścia do mężczyzn.
— Ech, ja też nie — westchnął. — Zrobiłbym jakąś kolację. Chcesz coś?
— Dzięki, nie jestem głodna.
— Czyli jednak. Miłosny list. Miłość odbiera apetyt.
Wychodząc z pokoju wytknął mi język. Że też musiał mi się trafić współlokator z takim samym poczuciem humoru jak moja przyjaciółka...
Wciąż wpatrywałam się w ten głupi liścik. Nawet zapisałam już numer Vince'a w telefonie. Ale czy zamierzałam dzwonić? Wciąż nie wiedziałam. Ten mężczyzna intrygował mnie. Było w nim coś, co przyciągało. Ale czemu nadal miałam to wrażenie, że przyjechał do Denver w innym celu niż zwykły urlop? Chyba, że właśnie o tym chciał ze mną pogadać.
Miałam właśnie iść do łazienki, gdy usłyszałam krzyk Richiego.
— Bella, chodź tu, szybko!
Zbiegłam na parter niczym gepard. Richie siedział przed telewizorem i oglądał wieczorne wiadomości. Znana dziennikarka w swojej charakterystycznej zielonej garsonce stała na jakiejś leśnej drodze. Program nadawany był na żywo.
— ...policja nie ujawniła jeszcze szczegółowych danych. Wiemy tylko, że na ciało natknęli się turyści dziś około drugiej po południu. Z nieoficjalnych źródeł dowiedzieliśmy się też, że zwłoki mogą należeć do zaginionego przed tygodniem właściciela hotelu Oxford — Christophera Tuckersona.
— To twój szef, prawda? — rzucił Richie.
Nie odpowiedziałam nic. Po prostu opadłam bezsilnie na kanapę czując, jak do oczu zaczynają napływać mi łzy.
Chyba nie mogło być gorszego zakończenia tego dnia.

_____________________________________

Przepraszam za krótką obsuwę. Rozdział chciałam wstawić 4 dni temu, ale nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli. Mam też nadzieję, że wam się spodobał. I to by chyba było na tyle. Nie umiem pisać tych końcowych notek, ale mam wrażenie, że czasem muszę, by nie zostać autorem widmo ;)
Do następnego!

2 komentarze:

  1. Powiem tylko tyle: nie mogło być gorszego zakończenia tego rozdziału. :)

    Kto go zabil? Czemu oni wszyscy sie tak dziwnie zachowuja? Jestem strasznie niecierpliwa i chciałabym już wszystko wiedziec...

    Ogólnie rozdział był ciekawy, fajnie, że główna bohaterka nie potrafi jeszcze wszystkiego poskladac do kupy i że idzie jej to tak opornie. Dzieki temu czytelnik staje sie bardziej niecierpliwy (przykład nieco wyżej xd).

    Podoba mi sie, jak prowadzisz narrację. Serio. Czekam wiec na kolejny rozdział!

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. O Chryste, przeczuwałam, że właściciel hotelu nie wyjdzie z tego żywy, ale mimo to... Kurde. :c
    Ogólnie końcówka mnie rozwaliła i od razu lecę czytać dalej.
    P.S Bella tą swoją ciekawością wpakuje się w niezłe kłopoty, na bank. xD

    OdpowiedzUsuń

Podziel się swoją opinią :)