26.08.2017

Rozdział 9

Ostatnie wydarzenia w Oxfordzie bardzo źle wpłynęły na cały personel. Wszyscy chodzili rozkojarzeni, plotkowali po kątach i zastanawiali się, co jeszcze może się wydarzyć. Starali się jednak robić dobrą minę do złej gry, tak, by goście nie odczuli, że dzieje się coś niepokojącego. Komfort mieszkańców hotelu był zawsze priorytetem.
Minął drugi dzień od oficjalnego zgłoszenia o zaginięciu właściciela. Nie było żadnych nowych wieści w tej sprawie. Młody Tuckerson biegał jak opętany. Musiał tymczasowo przejąć obowiązki ojca, ciągle być w kontakcie z policją i jeszcze ta cała próba samobójcza...
Mężczyzna, który połączył dużą dawkę heroiny z burbonem, na szczęście uniknął śmierci, ale podobno był w tragicznym stanie. Lewis mocno to przeżył. Zwłaszcza, że było to już drugie przedawkowanie w tym tygodniu. Robert nawet widział go raz, jak nerwowo palił skręta na zapleczu. Tuckerson i używki inne niż alkohol? Musiał być naprawdę przytłoczony tym, co działo się wokół.
W piątek minął tydzień od zaginięcia pana Christophera. Jeszcze nigdy nie opuścił hotelu na tak długo. W tamtym momencie wszyscy zdali sobie sprawę, jak pusty i zimny Oxford był bez niego.
Pośród tego całego bałaganu był tylko jeden plus — wesoła kompania z Atlantic City wyniosła się już z hotelu. Nie miałam jednak powodu do imprezowania, bo nadal odwiedzali Oxford. Dzień po wymeldowaniu Portera minęłam się z nim w lobby. Również Laura mówiła, że jego propozycja wyjścia na kawę jest wciąż aktualna, co oznaczało, że jeszcze nie wyjechał z Denver. Dlaczego więc wszyscy opuścili swoje pokoje i gdzie przebywali? Zmienili hotel? Wynajęli sobie mieszkanko? Nie miałam zielonego pojęcia.
Na miejscu został jedynie Vince. Natknęłam się na niego w piątkowy poranek na korytarzu. Siedział na fotelu z nosem wlepionym w telefon. Prawie tak samo jak te siedem dni temu, gdy wpadłam na niego pod salą konferencyjną.
— Cześć — rzucił, gdy tylko mnie zauważył. Wstał i podszedł bliżej.
— Cześć. Jak mija urlop?
— Świetnie, nawet mimo ponurej pogody. A co u ciebie? Jak hotel znosi... No wiesz, to co się stało?
— Wszyscy są zaniepokojeni. Ale miejmy nadzieję, że niedługo sprawa się wyjaśni.
Zdążyłam już zauważyć, że Vince był bardzo dociekliwym człowiekiem. Gdy poprzedniego dnia zaczepił mnie i zaczął wypytywać na temat zaginięcia właściciela, zaciekawiło mnie skąd to wie. Stwierdził, że gdzieś usłyszał plotki, a potem zagadał do barmana. Ten jednak podobno nie był zbyt wylewny, więc spróbował ze mną. Nie mogłam mu jednak mieć tego za złe. Wiedziałam co nieco o tym, jak to jest być ciekawskim. Miałam tylko nadzieję, że te wieści nie rozejdą się po mieście. Raczej nie wpłynęłoby to dobrze na hotel.
— Masz jakieś podejrzenia? Jak myślisz, co mogło się stać?
— Nie mam pojęcia, ale oby nic złego.
— Słuchaj, a może chciałabyś...
Wtedy na piętrze pojawiła się Laura. Na jej widok Vince zamilkł. Gdy nas zobaczyła, uśmiechnęła się pod nosem. Oj, ja już znałam ten jej uśmieszek.
— Idziesz na odprawę? — rzuciła, a ja kiwnęłam głową. Przeprosiłam Vince'a i szybko ruszyłam za przyjaciółką.
— To ten cały Vince, z którym flirtujesz, prawda?
— Nie. Flirtuję. Z nim. Już ci mówiłam. — Wywróciłam oczami.
— Jasne, ja już wiem swoje. Mega przystojniak. Wygląda jak Leonardo DiCaprio.
— Gdzie ty w nim widzisz Leonarda?
— Tak jakoś mi się skojarzył. — Wzruszyła ramionami.
— Tobie wszystko się z nim kojarzy.
Wytknęła mi język.
— W każdym razie... Powinnaś się jeszcze z nim umówić. Myślę, że na ciebie leci.
— Zamknij się już, co? — Szturchnęłam ją w ramię.
Wchodząc do kantorka i zamykając za sobą drzwi, zerknęłam jeszcze w miejsce, gdzie stał Vince. Jednak jego już tam nie było.
* * *
— Przypominam o dokładnym przeszukiwaniu pokoi pod względem narkotyków — powiedziała Vivian znudzonym głosem. — Niech goście ćpają sobie co chcą, nie moja broszka, ale wolałabym uniknąć kolejnego przypadku przedawkowania. To ostatnie, czego nam potrzeba. Zwłaszcza teraz, gdy kręci się tu policja... Więc gdy coś wyda wam się podejrzane, od razu przyjdźcie z tym do mnie. Będziemy mieć gościa na uwadze.
— Naprawdę myślisz, że mamy tu epidemię ćpunów? — spytała Jane. — Przecież to tylko zbiegi okoliczności.
— Zapewne tak. Ale jak znajdziemy więcej pasjonatów ciężkich narkotyków, to może się okazać, że ktoś diluje. W hotelu lub najbliższej okolicy.
— Jasne... Dragi nie jest trudno kupić. Wystarczy wiedzieć, gdzie szukać.
— Rozumiem, że jesteś ekspertką w tej dziedzinie?
Jane zamilkła. Kierowniczka rzuciła w jej stronę krzywe spojrzenie.
— Vivian, czy wiadomo coś nowego na temat właściciela? — nagle spytała Laura niepewnym głosem, jednocześnie przerywając krępującą ciszę w pomieszczeniu.
— Gdyby coś było wiadomo, to wszystkie już byście o tym usłyszały. Postarajcie się nie zadręczać i skupić na tym, co do was należy.
— A jak trzyma się manager? — zapytałam.
— Niczym się nie martw. Nie jest dzieckiem i poradzi sobie. A teraz koniec tych ploteczek. Za kilka godzin przyjeżdża spora wycieczka, pokoje same się nie wysprzątają.
* * *
Szłam korytarzem na trzecim piętrze. Było widać, że zaczął się weekend. Co chwilę ktoś się tam kręcił. Jakaś kobieta wrzeszczała za synami, żeby się nie ganiali. Jakaś para sprzeczała się o to, czy najpierw odwiedzić muzeum sztuki czy motoryzacji. Ktoś miał pretensje, że z jego okna nie widać zabytkowego dworca. I nie dało mu się wytłumaczyć, że sam wybrał tańszy pokój z widokiem na ceglaną ścianę.
Nerwowa atmosfera udzieliła się też chyba gościom hotelu. Tak bardzo wtedy zapragnęłam, by wszystko wróciło do normy sprzed kilku tygodni...
Otwierałam właśnie drzwi do 320, gdy podeszło do mnie dwóch mężczyzn, na oko trzydziestoletnich.
— Przepraszamy, czy możemy panią o coś spytać? — zaczął okularnik z burzą brązowych włosów.
— Tak. W czym mogę pomóc?
— To jest ten nawiedzony pokój, prawda?
No tak, standardowe pytanie o duchy...
— Tak, to ten pokój. — Uśmiechnęłam się.
— Nie boi się pani tam wchodzić?
— Nie, jeszcze nigdy nic złego mi się tam nie przytrafiło.
— Czytała pani to opowiadanie Kinga „1408”? Ten kto wszedł do przeklętego pokoju, już nigdy z niego nie wyszedł...
Tylko się nie śmiej, tylko się nie śmiej...
— Najwidoczniej mam szczęście. Byłam tam już kilkadziesiąt razy i wciąż żyję.
— Chcieliśmy go wynająć, ale na recepcji powiedziano nam, że jest już zajęty — odezwał się drugi facet, właściciel przeraźliwie krzaczastych brwi.
— Niestety, pokój jest na dziś zarezerwowany.
— A może wpuści nas tu pani, chociaż na chwilkę? Chcemy tylko poczuć tę energię z zaświatów.
Uśmiechnęłam się do siebie.
— Przykro mi, nie mogę panów wpuścić. Proszę spróbować zabukować pokój na jakiś inny termin. A teraz przepraszam, pozwolą panowie, że wrócę do pracy. Życzę miłego dnia.
Pasjonaci zjawisk paranormalnych nie stanowili w Oxfordzie rzadkości. Pokój 320 zawsze był przez kogoś zajęty i to na parę miesięcy w przód. Tropiciele duchów lub poszukiwacze dreszczyku emocji chcieli spędzić noc w miejscu, w którym ponad sto lat temu kobieta zamordowała swojego niewiernego męża, a potem popełniła samobójstwo. Od tamtego czasu pokój oczywiście był przerabiany i odnawiany dziesiątki razy, ale i tak wielu gości zgłaszało, że nie mogą tam usnąć ze względu na dziwne odgłosy.
Oxford był naprawdę osobliwym miejscem. Nawiedzony bar, nawiedzony pokój i właściciel przepadający jak kamień w wodę. Nie na to się pisałam zaczynając tu pracę. To miało być tylko cholerne sprzątanie.
* * *
Laura wpadła do kantorka z takim hukiem, że aż wypadły mi z rąk butelki z płynami czyszczącymi, które układałam na półce.
— Boże, Bell, Bell, muszę ci coś powiedzieć, muszę, bo zaraz nie wytrzymam!
Przeskakiwała z nogi na nogę i machała rękami, jakby odganiała od siebie rozwścieczone osy.
— Co, Josh ci się oświadczył? — palnęłam.
Od razu przestała się trzepać i spojrzała na mnie spode łba.
— Tak się składa, że nie gadałam z nim od wczoraj. Nawet jeszcze nie byliśmy na tej cholernej kawie...
— Dobrze, przepraszam za ten żarcik. Co się stało?
— No więc... — Rozejrzała się po kantorku, jakby bała się, że ktoś nas podsłuchuje. — Widziałam coś dziwnego... Dahlia i szef... Razem. Przecież to bez sensu.
— Ale co Dahlia i szef? Mów do rzeczy.
— Dahlia i Lewis... Rozmawiali ze sobą, ale tak inaczej... Jak mnie zobaczyli, to obydwoje się speszyli. Lewis zabił mnie wzrokiem, potem uciekł gdzieś. To nie było normalne.
— A co to znaczy rozmawiać inaczej?
— Stali bardzo blisko siebie — powiedziała podchodząc do mnie tak blisko, że aż czułam na sobie jej oddech. — I jeszcze wydaje mi się, że dotknął jej ręki. Czy tak według ciebie szef powinien zachowywać się w stosunku do swojej pracownicy?
— Co niby sugerujesz?
— No, że oni, razem... wiesz. Coś ich łączy?
Potrząsnęłam głową w niedowierzaniu.
— To niemożliwe. Może wcale nie stali tak blisko, jak ci się zdaje?
— To się działo parę kroków ode mnie! Raczej nie mam halucynacji. Widziałaś kiedykolwiek, żeby manager dotykał kogoś podczas rozmowy? I to jeszcze sprzątaczkę?
— Ale Dahlia? Ona ma narzeczonego, są ze sobą kilka lat, mieszkają razem. Nawet zaprosiła go ostatnio na wykwintną kolację, stwierdzając że... że zaniedbała ich związek...
O, cholera.
— Naprawdę tak powiedziała? — Laura wybałuszyła oczy. — No to chyba wszystko jasne?
— A może ona go tylko pocieszała w związku z zaginięciem pana Christophera?
— Chyba sama nie wierzysz w to, co mówisz.
Laura miała rację. To nie trzymało się kupy. Między szefem a pracownikiem powinien być utrzymany dystans. Lewis nigdy też nie spoufalał się zbytnio z personelem. Ale żeby od razu romans? W tym pokręconym miejscu spodziewałabym się naprawdę wszystkiego. Nawet tego, że Vivian uprowadziła pana Christophera, by ten awansował ją na managerkę hotelu. Ale romans między Dahlią i Lewisem kompletnie nie mieścił mi się w głowie. To musiało chodzić o coś innego.
Wtedy do kantorka weszła bohaterka naszych plotek. Obie z Laurą wlepiłyśmy w nią wzrok. Kompletnie nie zareagowała na naszą obecność, nie odezwała się ani słowem. Dostrzegłam tylko, że miała... czerwone oczy. Od płaczu?
— Dahlia, czy wszystko w porządku? — zapytałam ostrożnie. — Znowu męczą cię migreny?
— Nie, dziś czuję się nie najgorzej. Czemu pytasz?
— Bo wygląda, jakbyś ryczała — chlapnęła Laura. Aż podniosło mi się ciśnienie. To jej wspaniałe wyczucie...
— To tylko... od odświeżacza powietrza — odparła, zajmując się segregowaniem ręczników. — Omyłkowo prysnęłam sobie w twarz.
Przyglądałam jej się kątem oka z zainteresowaniem. Ostatnio często coś jej dolegało. Bezsenność, przemęczenie, migreny, teraz opryskanie się chemikaliami. Zaczynałam się martwić. Nie do końca wierzyłam w te jej wymówki. A jeśli to rozmowa z Tuckersonem doprowadziła ją do łez? Może powiedział jej coś nieprzyjemnego?
— Idziecie na lunch? — rzuciła za moment, siląc się na uśmiech. Wszystkie postanowiłyśmy udać się więc na stołówkę.
Wzięłyśmy jedzenie i usiadłyśmy obok Jane. Akurat rozmawiała przez telefon.
— Jasne, że wciąż jestem zainteresowana. Będziemy w kontakcie, okej?... Muszę teraz kończyć, cześć.
— Kolejna randka? — zapytałam. Jane zaśmiała się pod nosem.
— Chwilowo mam dość randek. To bardziej... prywatna sprawa.
— Rozumiem, nie wnikam.
Zajadałam się frytkami, gdy dostrzegłam siedzącą w kącie sali księgową. Zapatrzona gdzieś w przestrzeń sączyła napój z kubka. Nie był to typowy widok. Rzadko odwiedzała naszą stołówkę.
— Ciekawe skąd ta zmiana — rzuciłam do siedzącej obok Laury, wskazując na stolik pod ścianą.
— Zazwyczaj chodziła na lunche z panem Christopherem do tej włoskiej knajpki na przeciwko — odparła.
— A skąd ty to wiesz?
— Ode mnie — wtrąciła Jane. — Widziałam kiedyś jak wychodzili razem z hotelu i poszli właśnie tam. A teraz założę się, że ma whiskey w tym kubeczku.
— Jane, jesteś okropna — skomentowała Dahlia. — Raz coś wyczułaś i od razu robisz z niej alkoholiczkę.
— Jeżeli ktoś pije w czasie pracy, to to nie jest normalne. A jeszcze teraz, jak zniknął jej... kochanek... — chrząknęła. — Nie zdziwiłabym się, gdyby sobie zapijała smutki.
Trudno stwierdzić, jak było naprawdę. Pani Martha nie bywała w hotelu codziennie. Jak już się pojawiała, to większość czasu spędzała w gabinecie przeglądając papierzyska i rozmawiając z szefami. Jane wspominała, że kiedyś widziała ją, jak była pod wpływem. Ale czy to mogło oznaczać, że miała problem z alkoholem?
Już chciałam pociągnąć temat dalej, ale zauważyłam, że na stołówce pojawił się Lewis. Najpierw rozejrzał się wokół, następnie podszedł do naszego stolika.
— Gdzie jest szefowa housekeepingu? — zapytał.
— Ostatnio rozmawiała z gościem specjalnym z apartamentu prezydenckiego — odparła Jane.
— Niestety, nie ma jej tam. Proszę jej przekazać, by się do mnie zgłosiła, gdy się pojawi. Będę u siebie w gabinecie.
Gdy odchodził, rzucił okiem na Dahlię. Nie zdziwiłoby mnie to, gdyby nie sytuacja, którą wcześniej opowiedziała mi Laura. On naprawdę to zrobił. Zlustrował ją wzrokiem. Dahlia wyglądała na zakłopotaną. Spuściła głowę i szybko zajęła się jedzeniem.
Laura puknęła mnie w nogę. Ukradkiem wymieniłyśmy się wymownymi spojrzeniami. Coś ewidentnie było na rzeczy. Wiedziałam, że Laura walczyła wtedy z samą sobą, by nic nie palnąć i o nic nie zapytać. To nie byłoby wtedy na miejscu. Poza tym Dahlia i tak nic by nie powiedziała.
Lewis podszedł do stolika pani Marthy. Byli za daleko, bym mogła usłyszeć o czym rozmawiali. Po paru chwilach księgowa wstała i razem z managerem udali się w stronę wyjścia. Dopiero, gdy przechodzili obok nas, zauważyłam, jakie miała worki pod oczami i potargane włosy.
Obawiałam się, że Jane mogła mieć rację.
* * *
  Zeszłam do szatni. Była tam już Laura i jeszcze kilka osób. Powiedziała, że chce ze mną o czymś pogadać, ale na osobności. Chyba miała jakieś nowe ploteczki. Postanowiłyśmy opuścić więc hotel razem.
Ubrałyśmy się i skierowałyśmy w stronę tylnego wyjścia.
— To o czym chcesz porozmawiać?
— Chyba odkryłam po co Josh przyjechał do Kolorado — odparła. Zaciekawiło mnie to.
— Ale co, rozmawiałaś z nim o tym?
— Niby kiedy miałam to zrobić? Po prostu słyszałam, co mówił Lewis. Musiałam dziś zejść na chwilę na recepcję. Akurat był tam manager. Gadał z Natem o spotkaniu z jakimś dostawcą. I że go potem nie będzie, bo jedzie do Black Hawk....
Jak gdyby nigdy nic szłyśmy chodnikiem i plotkowałyśmy, gdy ujrzałyśmy Vince'a, wychodzącego z Oxfordu głównym wejściem. I znowu na niego wpadłam. Niby nie miałam nic przeciwko patrzeniu na jego... czarujący uśmiech, ale widywałam go częściej, niż niektórych pracowników hotelu.
— Śledzisz mnie? — spytałam żartobliwie.
— Oczywiście, nawet nie wiesz kiedy. — Zaśmiał się. — A tak całkiem serio, to korzystając z nie najgorszej pogody, jadę trochę pozwiedzać.
O, w końcu.
— Obrałeś jakiś konkretny cel?
— Pojadę w stronę kanionu. Chciałbym zahaczyć też o Black Hawk.
Nie mogłyśmy nic na to poradzić, ale odruchowo spojrzałyśmy na siebie z Laurą. Vince chyba zauważył naszą dziwną reakcję.
— Co, coś nie tak? Mam tam nie jechać?
— Nie, wszystko w porządku. W kanionie jest przepięknie. Góry, jeziora, w końcu z tego słynie Kolorado... Tak więc życzę ci miłej wycieczki.
— Dzięki.
Ruszyłyśmy dalej, natomiast Vince skręcił w drugą stronę. Ponownie wymieniłyśmy się z Laurą spojrzeniami.
— Okej, to teraz wytłumacz mi jedno — zaczęłam. — Co to jest to cholerne Black Hawk i dlaczego nagle wszyscy tam jadą?
— Nie słyszałaś o tym miasteczku? To taka dziura w kanionie, dwie ulice na krzyż. Uważane za historyczne, bo stoi tam kilka zabytkowych domów. A utrzymują się głównie z hazardu.
— Hazardu. Żartujesz sobie?
— Nie. Właśnie to chciałam ci powiedzieć. Myślę, że po to Josh przyjechał do Denver. W końcu robi w tej branży, co nie? Może ma tam drugi biznes?
— Ale czy wtedy nie siedziałby tam, a nie w Oxfordzie?
— Ty nadal nie widzisz zależności? Jak myślisz, po co Lewis tam jedzie? Sądzę, że prowadzą tam razem interesy.
— Tuckerson i kasyno?
— Czemu nie? Nie możesz powiedzieć, że to nie ma sensu.
Wszystko zaczęło się układać w logiczną całość. Josh Porter przyleciał ze swoją świtą do Denver, by omówić z Lewisem Tuckersonem wejście w nowy biznes. Może nie taka była prawda, ale przynajmniej historia ta miała sens. Tylko czy to nie było podejrzane, że tego samego dnia Vince również się tam wybierał?
Chyba powoli przestawałam wierzyć w takie zbiegi okoliczności.

4 komentarze:

  1. Jestem stuprocentowo pewna, że Vince nie jest tym, za kogo się podaje. Pytanie tylko, kim jest naprawdę? Czekam na jakieś konkretniejsze rozwinięcie tego wątku, szczególnie gdy Bella zacznie się z nim umawiać, bo to, że się tak stanie, jest tak pewne, jak to, że stary Tuckerson nie żyje. :P

    Czekam na kolejny. Dodam, że z niecierpliwością. :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wątek z Vincem będzie oczywiście stopniowo rozwijany, więc wszystkiego powoli będziemy się dowiadywać ;)
      Dziękuję za wszystkie komentarze i również pozdrawiam!

      Usuń
  2. Cześć.

    Widzę, że główna bohaterka ma ogromne szczęście do tego, że przychodzi ktoś, kto przerywa rozmowę. Ponownie, rozumiem zabieg, ale to staje się trochę zbyt często. ; )

    Jestem przekonany, że Vince na pewno zajmuje się sprzedażą narkotyków. Ot, takie przeczucie. Tym bardziej, że został "zaproszony" (?) do Black Hawk. Mógłby przecież przywieźć jakieś dragi ze sobą, bo na grze w karty może się nie skończyć. Chyba, bowiem nigdy się tym nie zajmowałem. x)

    Trochę zdziwiła mnie wycieczka, która przybyła do "Oxfordu". W końcu to dość drogi hotel, a słowo "wycieczka" skojarzyło mi się z jakąś szkolną albo pełną emerytów. A tych raczej nie stać na luksusy. ; ) Co prawda, nie było zbyt wiele o niej, ale męczy mnie ta kwestia.

    Z dystansem na linii pracownik-pracodawca jest naprawdę różnie. Mogę mówić za siebie, ale u mnie w pracy szef jest bardziej kumplem niż prawdziwym szefem, co tylko pozytywnie wpływa na morale, że tak to ujmę. Jakoś lepiej pracuje się z taką osobą.

    Zabawna sprawa z tym pokojem. Film w sumie oglądałem, ale nawet nie wiedziałem, że powstał na bazie jakiegoś opowiadania. I to opowiadania napisanego przez Kinga.

    W sumie niepotrzebnie wspomniałaś w narracji o tym, że ktoś tam widział kogoś tam pijaną, skoro chwilę wcześniej było to w dialogu. Zbędne powtórzenie.

    Pozdrawiam serdecznie,
    graf zer0.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak już pisałam w odpowiedzi pod którymś wcześniejszym rozdziałem, to wpadanie na siebie i przerywanie jest u mnie podobne do tego wychodzenia „zza rogu”. Staram się nad tym pracować, bo sama zauważyłam u siebie tę tendencję.
      Wycieczki jak wycieczki, mogą być różne. Nie zapominajmy też, że Oxford to miejsce zabytkowe, historyczne i jakaś grupa mogła przyjechać do hotelu tylko na jedną noc. To nawet nie była ważna kwestia, ot takie wtrącenie na temat tego, co dzieje się w hotelu.
      Szefowie są różni. Chyba nawet wspomniałam w którymś rozdziale, że Lewis nie lubi integrować się z pracownikami.
      Dziękuję za komentarz i również pozdrawiam :)

      Usuń

Podziel się swoją opinią :)