08.08.2017

Rozdział 8

Dawno atmosfera w kantorku nie była tak napięta. Nikt nie odezwał się ani słowem. Jane nie zarzuciła prostackim żartem, Laura nie palnęła żadnego niestosownego komentarza. Obie sztywno zapatrzyły się w przestrzeń. Dahlia siedziała cicho w kącie niczym duch, na początku nawet nie zauważyłam jej obecności. Jej blada twarz i podkrążone oczy dodatkowo potęgowały wrażenie, że przed momentem wróciła z zaświatów.
Gdy do pomieszczenia wpadła Vivian, wszystkie się ocknęłyśmy. Zaczęłyśmy przekrzykiwać się pytaniami do kierowniczki, aż ta w końcu wrzasnęła. Znów zapadła grobowa cisza.
— Nie powiem nic, dopóki się nie uspokoicie. Każda po kolei, proszę.
— Czego się dowiedziałaś na spotkaniu z menadżerem? — spytałam.
— Tylko tyle, że pan Lewis nie ma kontaktu z ojcem od paru dni i zgłosił się po pomoc na policję. Prosił też o niewzbudzanie paniki.
— A jeszcze wczoraj się na nas wściekałaś, gdy mówiłyśmy o jego zaginięciu... — rzuciła Laura.
— Bo do wczoraj to jeszcze były głupie plotki. A teraz proszę was o jedno. Jak już wspomniałam, ani pan Lewis, ani też ja, nie życzymy sobie żadnego panikowania, lekceważenia obowiązków, tworzenia głupich insynuacji i plotek. Hotel normalnie funkcjonuje, więc i my normalnie pracujemy, jasne? A teraz proszę wziąć głębokie oddechy, obmyć twarz lodowatą wodą, jeśli trzeba, i zabrać się do roboty. Pokoje się same nie odkurzą.
Po odprawie Laura zatrzymała mnie w kantorku. Chciała pogadać na osobności.
— Wiesz co, czuję teraz wyrzuty sumienia — wyznała.
— Dlaczego?
— Bo gadałam takie straszne rzeczy... A ja nie chcę, by panu Christopherowi coś się stało. Nie wybaczyłabym tego sobie.
— Nie obwiniaj się o nic. Okej? Miejmy nadzieję, że jest cały i zdrowy.
— Oby...
— Dobra, to teraz opowiedz mi o tym facecie, o którym wspominałaś wczoraj.
Laura jak za dotknięciem magicznej różdżki od razu rozpromieniała.
— Co tu mówić... Zaprosił mnie na kawę, ale jeszcze nie wiem, czy się zgodzić.
— A może coś więcej? Kto to jest? Skąd go znasz? Szczegóły, szybko!
— Nie będziesz zadowolona. — Skrzywiła się.
— Jak to? Znam go?
— Tak jakby. Opowiem ci kiedy indziej. Chodźmy już do roboty, co?
Jej tajemniczość zdziwiła mnie. Normalnie nie mogłaby przestać mówić o nowym obiekcie westchnień, a wtedy po prostu urwała temat. Wciąż jednak nie zamierzałam jej odpuścić.
Razem udałyśmy się do windy. Gdy przyjechała a drzwi otworzyły się, ujrzałyśmy pana Josha Portera. Rzucił nam wesołe „Dzień dobry” uśmiechając się. Laura cała spięła się, a kąciki jej ust powędrowały w górę, co próbowała ukryć pochylając głowę.
Moja podróż nie trwała długo, bo tylko jedno piętro. Jednak mimo to zdążyłam aż kilka razy zaobserwować Laurę zerkającą kątem oka na Portera i rumieniącą się przy tym jak burak. On wcale nie był dłużny. Również na nią spoglądał z uśmieszkiem na twarzy.
Czułam, że komuś w czymś przeszkadzam.
Wysiadłam na dwójce, a Laura pojechała razem z Porterem na czwórkę. Już tylko czekałam na jej relację z tej ekscytującej „przejażdżki”.
* * *
Nie mogłam skupić się na pracy, po prostu nie potrafiłam. Już wcześniej moją głowę wypełniały myśli związane z nieobecnością właściciela, ale gdy głupie hotelowe plotki zamieniły się w prawdę, nie mogłam w to uwierzyć. Co się stało z Christopherem Tuckersonem? Czy był cały i zdrowy? I dlaczego jego syn zgłosił zaginięcie dopiero po pięciu dniach?
Tyle pytań, zero odpowiedzi. Pragnęłam te odpowiedzi poznać jak najszybciej.
Na mojej rozpisce znajdował się pokój, w którym zamieszkiwał Vince. Siedział w hotelu już piątą dobę. Zrobiłam w głowie szybką matematykę i wyszło mi, że na sam pokój wydał już grubo ponad tysiąc dolarów.
Musiał być bardzo dobrym agentem ubezpieczeń.
Wciąż nie potrafiłam go rozgryźć. Żywiłam do niego mieszane uczucia. Z jednej strony chciałam trzymać dystans, a z drugiej pragnęłam mu zaufać. Wyglądało na to, że facet nie miał nic wspólnego z Tuckersonem, jak na początku przeszło mi przez myśl. Był zwykłym kolesiem, z trochę grubszym portfelem, który zrobił sobie wakacje w drogim hotelu. Żadnego drugiego dna.
Dziwnie było mi sprzątać pokój kogoś, kogo znałam. Zupełnie inaczej do tego podchodziłam, nie wiedzieć do końca czemu. Robiłam wszystko ostrożniej, dokładniej. Nawet zostawiłam mu dodatkowe darmowe czekoladki na stoliku nocnym, z którego wcześniej zgarnęłam pięć dolarów. Leżał tam również liścik z narysowaną uśmiechniętą buźką. Jakby Vince wiedział, że personel będzie potrzebował tamtego dnia poprawienia nastroju.
Szkoda, że nie był stąd, przemknęło mi przez myśl. Po prostu, szkoda.
Wychodziłam właśnie z sali konferencyjnej po skończonym sprzątaniu. Gdy tylko uchyliłam drzwi, ujrzałam idących korytarzem Lewisa i faceta z 402. Obydwaj szybkim krokiem kierowali się w stronę gabinetu dyrekcji. Gdy tylko weszli do środka, a Tuckerson zatrząsnął za sobą drzwi z hukiem, wiedziałam, że nie był w najlepszym humorze.
A kto by był, gdyby jego rodzic zniknął bez śladu?
Rozejrzałam się na boki, a potem podeszłam pod drzwi. Czając się tam z odkurzaczem od razu przypomniał mi się dzień, kiedy to pierwszy raz podsłuchałam rozmowę szefów. Wtedy po prostu byłam ciekawska, ale teraz? Zaniepokojona i coraz bardziej podejrzliwa.
Tym razem Lewis nie zostawił szpary w drzwiach, więc nie było słychać wszystkiego tak dobrze jak poprzednio. Mimo tego starałam się wytężyć słuch i usłyszeć cokolwiek.
— Musiałem... jesteś idiotą... niebezpiecznie... grube pieniądze... Alan, uwierz mi...
— A ty co tu robisz?
Te słowa spowodowały, że krążenie w moich żyłach po prostu stanęło. Zimny pot oblał ciało, a w gardle stanęła gula. Że też akurat on musiał mnie nakryć na podsłuchiwaniu...
Odwróciłam się. Chad stał i patrzył na mnie, mając na twarzy ten swój obleśny uśmieszek. Parę kroków za nim, niczym jego cień, stał drugi mężczyzna. Nie miałam stuprocentowej pewności, ale wyglądał jak tleniony blondasek z piątkowego spotkania Tuckersona. Po samej twarzy go nie poznałam, a włosy przykryte miał czapką.
— Spytałem, co tu robisz — powtórzył Chad.
— Jak to co, sprzątam — w końcu z siebie wydusiłam. Starałam się zrobić to pewnie, jednak zamiast tego mój głos kompletnie się złamał.
— Drzwi? Uchem?
— To nie twoja sprawa — powiedziałam już bardziej stanowczo. Chciałam się oddalić, jednak Chad złapał mnie mocno za nadgarstek. Poczułam nieprzyjemny ucisk.
— Moja czy nie moja, nieładnie tak podsłuchiwać. Mam nadzieję, że to był pierwszy i ostatni raz.
— A jak nie, to co?
— To już nie będę taki miły.
Rzuciłam Chadowi posępne spojrzenie, chociaż miałam szczerą ochotę splunąć mu w tę irytującą twarz, następnie poszłam, wręcz uciekłam w swoją stronę. Co on sobie myślał, żeby mnie straszyć? Kim on niby był? Co on w ogóle mógłby mi zrobić? Nie zamierzałam się go bać, mimo że moje nogi drżały. To na pewno przez złość, prawda? Chciałam wierzyć, że Chad tylko grał takiego ostrego, a w jego napompowanych bicepsach było więcej powietrza niż tkanki mięśniowej.
Idąc do kantorka myślałam tylko o tej podsłuchanej rozmowie. Poszczególne słowa, które wyłapałam przez zamknięte drzwi, nie łączyły mi się w żadną sensowną całość, jednak brzmiały niepokojąco.
I przynajmniej dowiedziałam się, że facet z 402 miał na imię Alan.
Wpadłam do kantorka zatrzaskując za sobą drzwi. Za moment pojawiła się Laura.
— Widziałaś tych dwóch na korytarzu? Co oni znowu tu robią?
— Jak to co, panoszą się, jakby byli u siebie — warknęłam.
— To jakieś prostaki, ten jeden za mną gwizdnął.
— Mam już dosyć tych wszystkich ludzi — powiedziałam, opadając na krzesło. — Już zaczęłam przekonywać samą siebie, że tylko panikuję i szukam sensacji, ale teraz już sama nie wiem. Nie podoba mi się to wszystko. Boję się o hotel. Boję się o pana Christophera i to coraz bardziej. Wiesz co przed chwilą się stało? Jeden z tych cwaniaczków, Chad, mi groził, rozumiesz? To nie jest normalne.
Laura stała jak posąg. Chciała coś powiedzieć, bo otworzyła usta, ale się powstrzymała.
— Co jest?
— No bo... Oni chyba kumplują się z Joshem, prawda?
— Na to wygląda. Z Joshem i tym drugim, Alanem. Chociaż po tym, co dziś zobaczyłam, powiedziałabym, że to bardziej ochroniarze, niż kumple.
— To może nie jest tak źle? Chyba każdy bogaty człowiek ma swojego ochroniarze, nie?
— Tuckerson nie ma.
— Racja... Miejmy nadzieję, że to po prostu niewychowane głąby. Pierwsi to tacy u nas.
— Nie, ale pierwsi, którzy pili drinka z menadżerem i łażą za nim już kolejny dzień.
— Bella, bo... — zaczęła niepewnie, siadając na przeciwko mnie. — Bo ja mam problem. To pójście na kawę i tak dalej... Z jednej strony bym chciała, bo ten facet mnie kręci, ale czy to w ogóle ma sens?
— Jeżeli cię kręci, to idź. Nad czym się zastanawiać?
— Bo ja wciąż nie powiedziałam ci, co to za facet...
Wtedy powoli zaczynałam wszystko rozumieć. Przystojny i bogaty... Te uśmiechy i zarumienione policzki... Obym się myliła. Nabrałam powietrza do płuc.
— Czy ty chcesz mi powiedzieć to, co ja myślę?
— Tak — rzuciła szybko krzywiąc się.
— Ty tak na serio? Powiedz, że sobie żartujesz?
Potrząsnęła głową. Po raz kolejny wzięłam głęboki wdech.
— Jak w ogóle do tego doszło?
— Jakoś tak... Zaczepił mnie, zagadał... Dał wizytówkę i powiedział, żebym zadzwoniła na dniach, bo nie wie, jak długo tu jeszcze zabaluje. Dziś w windzie ponowił zaproszenie.
— Chyba właśnie tego chciałaś przez ostatnie dni, prawda?
— Chciałam, ale waham się, bo myślę też o tobie. Wiem jakie masz o nim zdanie.
— To nie jest tylko mój wymysł, Laura. Wiem co widziałam. Najpierw ta negatywna recenzja, która znika w magiczny sposób...
— Ale się uczepiłaś tego głupiego komentarza! — Przerwała mi i spojrzała na mnie krzywo. — Jakbyś od wczoraj pracowała w hotelarstwie! Przesadzasz.
— Z Chadem, który mi grozi oraz prawie skręca nadgarstek, też przesadzam? Nie ubzdurałam sobie tego, do cholery!
— Co tu tak głośno? — Do kantorka weszła nagle Dahlia. — Mogłybyście się kłócić gdzieś indziej?
Obie z Laurą spojrzałyśmy na nią. Wyglądała bardzo źle, jak chodzący trup.
— Kiepsko dziś wyglądasz — rzuciłam. — Może powinnaś wziąć wolne, pójść do lekarza?
— Nie, nie, to tylko... migrena. Zwykła migrena.
— Może chcesz paracetamol? — spytała Laura.
Dahlia odmówiła, po czym usiadła na krześle i oparła się o ścianę zamykając oczy. Postanowiłam dać jej trochę ciszy i spokoju, a Laurę zaciągnąć na stronę.
Zeszłyśmy do piwnicy. Na końcu korytarza znajdowała się pralnia, akurat była kompletnie pusta. Idealne miejsce, by w spokoju porozmawiać.
— Pogadajmy. Ale tak szczerze. Jak prawdziwe przyjaciółki, okej?
Laura kiwnęła głową.
— Nie będę ci mówić, z kim masz się umawiać, a z kim nie. Zrobisz jak uważasz. Po prostu chcę, żeby zauroczenie nie przysłoniło ci świata. Zamieniłaś z nim tylko parę słów. Czy to nie za mało, by iść razem na kawę?
— A kiedy mam z nim zamienić więcej słów, jeśli właśnie nie na spotkaniu przy kawie w cztery oczy? Może poznam go lepiej i okaże się, że wcale nie jest taki zły?
Od razu przypomniał mi się Vince. Na niego też na początku patrzyłam z ukosa. Czułam, że zachowywałam się nie fair w stosunku do Laury nie mówiąc jej o tej znajomości.
— Wiesz, muszę ci coś wyznać...
* * *
— Nie wierzę, po prostu nie wierzę — gadała Laura pod nosem, gdy wracałyśmy z pralni. — Masz do mnie pretensje, że chcę umówić się z Joshem, a sama flirtujesz z jakimś innym gościem hotelu.
— Nie flirtuję z nim — odparłam zbulwersowana.
— Dobra, dobra. Wiesz co mam na myśli. Jesteśmy w tej samej sytuacji. Więc jeżeli ty jechałaś samochodem z obcym facetem i przeżyłaś, to i ja mogę spotkać się z Joshem.
— Oczywiście, że możesz — przytaknęłam, choć nie do końca przekonana. Przecież nie mogłam zakazać jej pójścia na randkę, tylko z powodu pokręconych teorii, które zaprzątały mój umysł. Nawet pomimo tego, że trochę się martwiłam.
— To co, lunch? — spytała po chwili.
— Lunch.
Atmosfera na stołówce była bardzo napięta. Wszyscy głośno ze sobą dyskutowali. Ktoś się sprzeczał, ktoś przekrzykiwał argumentami. Cały personel zastanawiał się gdzie jest Christopher Tuckerson.
Wzięłyśmy z Laurą po napoju, talerzu sałatki i zajęłyśmy wolne miejsca. Zaczęłyśmy wsłuchiwać się w krewką dyskusję prowadzoną przy stole obok.
— Może szef miał wypadek i leży gdzieś w jakimś rowie? — rzuciła jedna z kelnerek.
— A może został porwany dla okupu? — zasugerowała druga. — Tuckersonowie przecież biedni nie są, porywacz mógłby wyciągnąć z kilka milionów...
— A może po prostu miał dość tego cyrku na kółkach? — powiedziała Jane. — Spakował walizki i wypieprzył do Honolulu.
— Podobno jego samochód stał w garażu i z domu też nic nie zginęło — powiedziała druga kelnerka.
— A skąd ty to wiesz?
— Słyszałam jak pan Lewis rozmawiał z policjantami...
— To wszystko mnie trochę przeraża — szepnęła Laura. — Jak my mamy pracować normalnie w takich warunkach?
Nie odpowiedziałam nic. Zwyczajnie nie wiedziałam co. Chyba zaczynało mnie to przerastać.
* * *
Jeszcze tylko trochę, mówiłam sobie, gdy sprzątałam jeden z ostatnich pokojów. Pragnęłam znaleźć się już do domu. Opuścić miejsce, w którym powietrze było tak gęste, że dało się kroić je nożem. Iść spać, wybudzić ze snu i wrócić tu, gdy wszystko będzie tak jak dawniej.
Idąc korytarzem zobaczyłam, że drzwi jednego z pokojów otwarte były na oścież. Z wnętrza dochodził charakterystyczny damski głos. Szybko zorientowałam się, że to Vivian.
Postanowiłam wejść do środka. Na łóżku leżał mężczyzna, zaraz nad nim pochylona stała kierowniczka i klepała go w policzek.
— Halo! Proszę pana! Słyszy mnie pan?
— Co się stało?
— Chyba stracił przytomność. Kiepsko oddycha i cały jest zlany potem. No i wali od niego jak z gorzelni.
— W czym mam pomóc?
— Zostań tu z nim i go pilnuj. Ja biegnę na dół.
Usiadłam na skraju łóżka. Przyłożyłam dłoń do czoła mężczyzny — poczułam chłód i pot. Jego wargi był spierzchnięte, oddech płytki. Rzeczywiście śmierdziało od niego alkoholem. Zaraz obok leżała pusta butelka po burbonie.
Facet miał na sobie markowy garnitur, na nadgarstku srebrny zegarek, na palcu serdecznym sygnet. Rękawy jego koszuli były podwinięte, a na zgięciu łokcia zauważyłam coś dziwnego — czerwoną kropkę. Przyjrzałam się jej bliżej. Czyżby ślad po wkłuciu?
Zaczęłam rozglądać się w poszukiwaniu igły. Wtedy moją uwagę zwróciła kartka na stoliku nocnym.
„Nie potrafię tak dłużej żyć. Przepraszam.”
Za moment znalazłam też pustą strzykawkę. Leżała po drugiej stronie łóżka w pomiętej pościeli.
— Okej, za niedługo powinno być pogotowie — od razu powiedziała Vivian wracając do pokoju.
— On chyba chciał się zabić — powiedziałam, wskazując na strzykawkę i list pożegnalny.
— Cudownie, dawno nie mieliśmy tu samobójcy. — Vivian załamała ręce.
Wkrótce do pokoju wpadł menadżer. Z zaniepokojeniem spojrzał na nieprzytomnego mężczyznę.
— Jak wygląda sytuacja?
— Pusta strzykawka, pusta butelka i pożegnalny liścik — podsumowała Vivian.
Tuckerson wziął głęboki oddech.
— Muszę teraz pilnie wyjść. Gdy dowie się pani czegoś, proszę do mnie zadzwonić. Chcę być informowany na bieżąco.
Lewis wyjął z kieszeni telefon i żwawym krokiem wyszedł z pokoju.
— Ja... też muszę już iść — rzuciłam.
— Jasne, wracaj do pracy. Ja już zaczekam na lekarzy.
Menadżer skierował się w stronę schodów na dół. Od razu poszłam za nim. Przy uchu trzymał komórkę.
— Gdzie jesteście?... Czekajcie tam na mnie, niedługo będę... Bo musimy pogadać, do cholery.
* * *
W lobby zrobiło się niemałe zamieszanie. Niektórzy pracownicy wyszli z zaplecza i obserwowali, jak ratownicy medyczni wynoszą z hotelu niedoszłego samobójcę.
— Co to za akcja? — obok mnie stanął Graham. — To już kolejna karetka w ciągu ostatnich dni.
— Jeden facet chyba chciał się zabić. Połączył narkotyki z alkoholem.
— Znowu? Jak tamta młoda z piątku? Epidemia, czy co.
— Ta, jesienna depresja — rzuciłam, by rozładować napięcie.
— Może mamy tu dilera?
Spojrzałam na naszego kelnera wybałuszając oczy.
— Wypluj to słowo. To na pewno tylko zbiegi okoliczności — odpowiedziałam. Chociaż nie do końca przekonana.
Wchodząc do szatni myślałam tylko o tym, że już niedługo znajdę się w swoim domu. Byłam wykończona tym dniem. W środku zastałam George'a. Na mój widok aż podskoczył.
— Ale mnie wystraszyłaś. — Złapał się za pierś.
— Przeszkodziłam w czymś?
— Po prostu się zamyśliłem — odpowiedział uśmiechając się. — Pewnie chcesz się przebrać, już zabieram swoje manatki i wychodzę. Do zobaczenia jutro.
Szybko wrzucił do plecaka kilka rzeczy i opuścił szatnię.
Kończyłam się przebierać, gdy do pomieszczenia weszła Jane. Mamrocząc coś pod nosem, gwałtownie otworzyła swoją szafkę.
— Kto cię wkurzył? — spytałam zakładając buty.
— Ludzie. Aż dwóch gości zrobiło mi dziś awanturę, bo niby coś im zginęło i to na pewno moja wina. Skąd ja mam, do cholery, wiedzieć, gdzie gubią swoje rzeczy? Niech ich lepiej pilnują.
— Dziś jest jakiś felerny dzień. — Westchnęłam.
— Żebyś wiedziała. Policja, pogotowie i plaga roztrzepanych gości. Wszystko w tym hotelu ginie bez śladu. Pierścionek, kolczyki, zaskórniaki, nawet właściciel — parsknęła.
— A propos kolczyków. Nie zgubiłaś czasami złotego kolczyka? Takiego z czerwonym kamyczkiem. Znalazłam go tu w szatni.
Jane założyła włosy za ucho i pokazała swoje przekłucia, w których lśniły srebrne kółeczka.
— To jedyne kolczyki jakie noszę.
Nie zostało mi nic innego jak przejście się na recepcję. Nate akurat rozmawiał przez telefon, więc poczekałam, aż skończy.
— Co tam? — spytał przecierając oczy, po czym ziewnął.
— Jakiś czas temu dałam ci znaleziony kolczyk. Pamiętasz?
— A, tak, zgłosiła się po niego jedna kobieta. Mówiła, że jej zginęły.
— Zginęły?
— Tak, oba. Ale powiedziałem, że jest tylko jeden... Właśnie, przypomnij mi, gdzie go znalazłaś?
— W naszej szatni — odpowiedziałam zamyślona.
— A co biżuteria gościa robiła w pracowniczej szatni?
— Nie mam pojęcia. — Pokiwałam głową. — Chyba nasze hotelowe duchy się uaktywniły i robią wszystkim psikusy.
Pożegnałam się z Natem i wyszłam z budynku, mając w głowie jeszcze więcej pytań niż rano.

4 komentarze:

  1. Przeczytałam. Akcja się coraz bardziej rozkręca, a ja chcę już przynajmniej coś wiedzieć! Wszystko na razie jest w początkowym stadium, co w zasadzie powinno się pochwalić. Ładnie prowadzisz czytelnika przez historię i tę kupę tajemnic. Niby wszystko się łączy, ale jak, dlaczego, kto? :)

    Szczerze mówiąc, przeczuwałam na początku, że Tuckersonowi się coś stanie. Mam wrażenie, że chyba nie żyje.

    No cóż, z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział!

    Do zobaczenia!
    A w międzyczasie zapraszam do mnie, bo w sumie reklama dźwignią handlu: melodie-duszy.blogspot.com :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cześć.

    Dziwi mnie zachowanie głównej bohaterki. Wiadomo, że zasada „klient nasz pan” jest beznadziejna et cetera, ale jednak nie powinna była się tak zachować wobec Chada. Ot, bezczelna i tyle, tym bardziej, że została przyłapana na czymś, czego robić nie powinna. I w ogóle nie pomyślała o potencjalnych konsekwencjach, gdyby koleś powiedział o tym szefowi. No cóż.

    Vince mógłby być dealerem, ale jak jest naprawdę, tego pewnie nie dowiem się w najbliższym czasie.

    Po hotelu niewątpliwie krąży złodziej w postaci jednej z pokojówek. Podejrzewam tę, która wybierała się na wieczór do restauracji, jeśli się nie mylę. Jakoś tak pasuje mi do tej roli, że tak to nazwę.

    Pozdrawiam serdecznie,
    graf zer0.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikt nie jest idealny, Bella też nie. Nie da się ukryć, że Chad gra jej na nerwach, a ona czasem nie potrafi stłumić swoich emocji. Nie każdy musi być profesjonalistą, wszyscy mają wady i czasem najpierw robią, potem myślą :P

      Usuń
  3. Lalala, akcja się rozkręca, a Oxford powoli przestaje być takim idealnym miejscem. :D
    Belli się nie dziwię, że tak zareagowała na Chada, ale sama też jest wścibska, tylko ona to wszystko usprawiedliwia troską. ;)

    OdpowiedzUsuń

Podziel się swoją opinią :)