30.07.2017

Rozdział 7

Opadłam na pufę w przedpokoju. Nie wiadomo nawet kiedy uleciała ze mnie cała energia, której rano posiadałam mnóstwo. Mój umysł był zaśmiecony niechcianymi rzeczami. Jak miałam przestać myśleć o znajomych Tuckersona, skoro kręcili się po hotelu już kolejny dzień? Jak miałam ich ignorować, skoro jeden z nich sam mnie zaczepiał?
— No hej. — W przedpokoju pojawił się Richie.
— Hej? Co tu robisz? Nie powinieneś być w pracy?
— Szef zwolnił nas wcześniej, więc siedzę i rysuję.
— To fajnie... — westchnęłam tylko, a potem wstałam i leniwym krokiem doczłapałam się do kuchni.
— Wyglądasz jakby cię ktoś walcem przejechał. Aż tak ciężki dzień?
— Właściwie, to bardzo luźny — stwierdziłam, opierając się o kuchenny blat. — Po prostu... Zresztą, nieważne, nie będę ci truć.
— Truj ile chcesz. Wiesz, że możesz mi powiedzieć wszystko.
— Chodzi o jednego denerwującego kolesia. Cały czas gapi się na mnie jak na mięso.
— To kopnij go tam, gdzie nas facetów boli najbardziej. A jak nie pomoże, to powiedz, że ze mną będzie miał do czynienia.
— I co, zadźgasz go tymi swoimi ołówkami? — parsknęłam pod nosem.
— Nie. Wrzucę jego namiary na forum dla gejów z dopiskiem, że jest otwarty na wszystko.
Na moje usta wkradł się lekki uśmiech, który jednak szybko znikł. Wcale nie było mi do śmiechu.
— Pomysł niezły, ale chyba wolałabym z nim nie zadzierać. To jakiś podejrzany typ.
— Podejrzany? Ostatnio dostawca pizzy też był dla ciebie podejrzany.
— Bo nam zaglądał do mieszkania, jakby robił rozeznanie przed kradzieżą. Nie ma nic złego w byciu ostrożnym.
— Więc myślisz, że to jakiś złodziej?
— Sama nie wiem. Może to złodziej. Może to członek gangu motocyklowego, może jakiś diler, a może...
W tym momencie mnie olśniło. Nie dokończyłam już swojej myśli. Richie rzucił tylko komentarz, że oglądam za dużo filmów, po czym wyszedł z kuchni. A ja zaczęłam analizować fakty.
Narkotyki w Black Jack. Josh Porter w Oxfordzie. Naćpana dziewczyna...
Nie, nie, nie. Richie miał rację. Potrząsnęłam głową, po czym nalałam sobie do szklanki wody i wypiłam prawie duszkiem. Za dużo myślałam, zdecydowanie za dużo.
* * *
Obudził mnie odgłos kropli deszczu uderzających w okno oraz świszczący wiatr. W taką pogodę jedyne czego pragnie człowiek, to zaszyć się w kącie z gorącą herbatą i nie wystawiać na zewnątrz nawet palca. Ale niestety, taka wizja była kompletnie nieosiągalna. Musiałam pracować.
— Podwieziesz mnie? — zapytałam Richiego, gdy akurat zbierał się do wyjścia. — Taka brzydka pogoda. Proszę?
— To dawaj, ale szybko, bo się spóźnię.
Założyłam botki, zarzuciłam płaszczyk i za chwilę siedziałam już w ciepłym aucie. Gdybym sama posiadała samochód, nie musiałabym ciągle wykorzystywać Richiego, jednak taki zakup znacznie wykraczał poza moje możliwości finansowe. Poza tym, jak mogłam myśleć o samochodzie, skoro nie miałam nawet zwykłego roweru?
Weszłam do hotelu wejściem pracowniczym i skierowałam się w stronę szatni. Zanim tam jednak zawędrowałam, dotarły do mnie krzyki dochodzące z lobby. Postanowiłam sprawdzić co się dzieje.
Przy recepcji stała kobieta w długim, eleganckim płaszczu. Wymachiwała przed Natem rękoma ubranymi w koronkowe rękawiczki.
— Pan żartuje? Ktoś mnie tu okradł, a pan mi sugeruje, że po prostu to zgubiłam?!
— Zapewniam panią, że w tym hotelu nie zdarzają się kradzieże. I z doświadczenia wiem też, że goście po prostu zawieruszają gdzieś swoje przedmioty. Jeżeli nie znajdzie pani pierścionka do czasu wyjazdu, na pewno housekeeping go znajdzie w późniejszym czasie i wtedy się z panią skontaktujemy.
— Oby! Bo jak nie, to ja złożę na was skargę! Jeżdżę po całym świecie, ale dopiero tutaj przydarzyło mi się coś takiego!
Wzburzona kobieta zarzuciła szalik na ramię i energicznym krokiem wyszła z hotelu, szturchając po drodze George'a. Pokręciłam głową wzdychając. Goście, którzy coś gubią, a potem oskarżają personel o kradzieże to wcale nie tak rzadki typ. Oczywiście, tak jak wspomniał Nate, dziewięćdziesiąt procent z tych rzeczy znajduje się potem podczas sprzątania. Bo gościowi po prostu nie chciało się zajrzeć pod łóżko albo szafę.
Korzystając z okazji, że akurat byłam w lobby, postanowiłam na moment podskoczyć do Nate'a.
— Cześć, jest dziś właściciel?
— Nie. A przynajmniej ja go jeszcze nie widziałem — odparł, wlepiając wzrok w monitor.
— Zaczynam się martwić — rzuciłam, a wtedy Nate spojrzał na mnie spode łba. — Odkąd tu pracuję, nie wyjechał na dłużej niż dwa dni. I zawsze o tym informował.
— Nie siej paniki.
Nate nie był zbyt rozmowny. Może miał dużo obowiązków, może po prostu nie chciał ze mną gadać. Ale ja musiałam jeszcze powiedzieć coś, co leżało mi na sercu.
— Słuchaj, mam nadzieję, że... że nie jesteś na mnie zły za wczoraj? Nie chciałam cię zdenerwować tymi pytaniami.
— Spoko.
— I tylko tyle? Powiedz, że nie jesteś zły.
Nate wziął głęboki oddech, po czym spojrzał mi prosto w oczy.
— Nie jestem zły. Po prostu nie wiem skąd u ciebie taka ciekawość. Codziennie przewija się tutaj setka ludzi. Będziesz mnie teraz wypytywać o każdą osobę po kolei?
— Już nie, przepraszam. Byłam taka ciekawska, bo ten jeden facet mnie zaczepiał.
Nate otworzył szeroko oczy i jakby cały zdrętwiał.
— Który? Coś ci zrobił?
— Nie, wszystko jest okej, ale po prostu poczułam się nieswojo. I zastanawiało mnie, skąd nasz manager zna takich... prostaków.
— Dobra, mam być z tobą szczery? — powiedział ściszonym głosem nachylając się do mnie. — Mnie też oni się średnio podobają, ale to nie nasza sprawa. Ani moja, ani twoja. Dlatego nie chciałem, byś się nimi interesowała. Naprawdę chcesz wtykać nos w sprawy szefa? Po co ci to?
— Bella, a ty co tu jeszcze robisz? — usłyszałam głos Vivian, która nagle wyszła zza rogu. — Za pięć minut widzę cię na odprawie!
— Uważaj na siebie, okej? — rzucił mi na koniec Nate, gdy kierowniczka zniknęła na schodach.
Jego troska była ujmująca, chociaż tak naprawdę, to na co miałam uważać? Ciągle nie mogłam pozbyć się wrażenia, że on wiedział więcej, niż mówił. Ale przynajmniej dowiedziałam się jednego — nie tylko ja wyczułam w gościach Tuckersona coś niepokojącego.
* * *
Poranna odprawa dobiegała końca. Vivian rozdzieliła między nas pracę i przekazała kilka ważnych informacji.
— I na koniec jeszcze jedna sprawa. Pani Morello z 306 stwierdziła, że zgubiła pierścionek, srebrny z diamentowym oczkiem. Przypomnijcie mi, kto ma dziś trzecie piętro?
Dahlia podniosła rękę.
— W takim razie dokładnie przeszukaj ten pokój podczas sprzątania, od kąta do kąta. Chyba nie chcemy, by nas oskarżono o kradzież, prawda? Dobrze, to by było na tyle. Jakieś pytania?
— Ja mam jedno — odezwała się Jane. — Od kilku dni nie ma w hotelu właściciela. Chodzą nawet ploty, że zaginął. Wiesz coś?
— Jakie znowu „zaginął”? — oburzyła się kierowniczka. — Owszem, nie da się ukryć nieobecności pana Christophera. Ale przecież nie umarł, po prostu nie ma go w pracy. Na miejscu jest manager, zresztą jak co dzień, który nad wszystkim panuje, więc naprawdę nie wiem skąd takie plotki.
— A skąd wiesz, że nie umarł? — wycedziła nagle Laura. W kantorku zapanowała niezręczna cisza, zagłuszana tylko szeptami „Laura, czy ty zgłupiałaś...”. — No co? Skoro nawet pani Martha nie może się do niego dodzwonić? A oni podobno... No ten...
— Zaraz każę ci umyć wszystkie okna w hotelu, za wygadywanie takich głupot — huknęła czerwona na twarzy Vivian. — Zajmijcie się już lepiej pracą, co? Bo chyba wam się za bardzo nudzi.
Kierowniczka wyszła z kantorka kręcąc głową, a Jane zaczęła głupkowato chichotać patrząc na Laurę.
— Teraz to pojechałaś.
— Po prostu tak mi się powiedziało. — Laura wywaliła oczami. — Przecież wcale tak nie myślę.
— W ogóle to nie wiem czemu robicie z tego aferę — wtrąciła Dahlia. — Jakby to był pierwszy raz, gdy w hotelu nie ma właściciela. Roznosicie tylko głupie plotki.
— Naprawdę mogłaś nie mówić tego na głos — szepnęłam przyjaciółce na ucho. Skuliła się tylko zawstydzona. Jednak jej niesubtelny komentarz naprawdę zmroził krew w moich żyłach.
* * *
Cholerne piętro czwarte. Niby piętro jak piętro, nigdy nie darzyłam go specjalnym uczuciem. Takie same dywany, ściany i meble jak wszędzie, tyle samo miejsc do sprzątnięcia. Jednak od jakiegoś czasu czułam się tam trochę inaczej.
Myśl, że w dwóch z tamtych pokojów pomieszkiwali koledzy Tuckersona, budziła we mnie dziwny niepokój ale i ciekawość. I jak bardzo się starałam, by mieć to gdzieś, po prostu nie potrafiłam. Ci mężczyźni byli jak stara skrzynia znaleziona na strychu Masz wielką ochotę ją otworzyć i odkryć jej tajemnicę, chociaż domyślasz się, że ze środka wypełznąć mogą chmary pająków.
Pokój Portera, który miałam na liście, ogarnęłam najszybciej jak tylko to było możliwe. Bez żadnego grzebania po szafkach i walizkach, chociaż trochę mnie korciło. Po prostu odkurzyłam, zmieniłam ręczniki, wyrzuciłam pustą butelkę po whiskey i zabrałam garnitur, o którego wypranie poprosił gość.
Pokój 402 również znajdował się na mojej rozpisce. Niech to szlag. Idąc tam próbowałam zabić w sobie chęć przeszperania jego bagaży. Bądź dobrą pokojówką, bądź profesjonalna, po prostu sprzątaj...
Przekroczyłam próg, wzięłam głęboki oddech i zabrałam się do roboty. Wysprzątałam łazienkę, a potem wzięłam się za składanie ubrań rzuconych na łóżko. Trochę tego było. Para ciemnych spodni, kilka czarnych t-shirtów, oraz... sukienka. A pod sukienką koronkowa, bardzo seksowna damska bielizna.
Czyżby tajemniczy blondyn zameldował się tam z kobietą? Przez ostatnie dni nie widziałam żadnej w jego towarzystwie. Mało prawdopodobne, że facet był fetyszystą damskich ciuszków. Zwłaszcza, że znaleziona sukienka ewidentnie należała do jakiejś drobnej dziewczyny.
Odpowiedź na moje pytanie dostałam niedługo po opuszczeniu pokoju. Kierowałam się właśnie w stronę windy, gdy minęłam się z gościem z 402. U jego boku szła niska czarnowłosa dziewczyna. A raczej — chodzące dzieło sztuki. Na sobie miała obcisłe spodnie ukazujące krągłości i bluzkę z głębokim dekoltem. Na jej obojczykach i dłoniach dostrzegłam kolorowe tatuaże. Kobieta robiła wrażenie, chociaż jej wygląd nie był zupełnie w moim guście. Bez wątpienia jednak był w guście jej towarzysza.
Para minęła mnie, a za moment znalazła się już pod swoim pokojem i wkrótce zniknęła za drzwiami, uprzednio zawieszając na klamce wywieszkę „Nie przeszkadzać”. Szczęściarze. Przyszli baraszkować akurat na świeżo wysprzątane łóżko.
Weszłam do kantorka. W środku siedziała tylko Dahlia. Popijała herbatę i przeglądała coś w telefonie.
— Jak udała się wczorajsza randka?
— Dziękuję, było miło — odparła i uśmiechnęła się do siebie. — Byliśmy w tej nowej restauracji na rogu Piętnastej i Market.
— Tam jest chyba drogo, co? — zapytałam z ciekawością. Pamiętałam, gdy Dahlia mówiła kiedyś, że ledwo z Jamesem wiążą koniec z końcem.
— Raz na jakiś czas chyba można zaszaleć. 
— Jasne...
Nalałam wodę do czajnika. Nie miałam ochoty schodzić na stołówkę. Wolałam posiedzieć w ciszy z kubkiem herbaty.
Po chwili do kantorka wpadła Laura. Nucąc pod nosem jakąś melodię, wrzuciła do kubka torebkę z herbatą i zalała wodą.
— Coś taka uradowana? — spytałam. Moja przyjaciółka odwróciła się od blatu i spojrzała na mnie świecącymi oczami.
— Przystojny, bogaty, około trzydziestki... Umówiłybyście się z takim?
— Brzmi nieźle — przytaknęłam. — A masz kogoś konkretnego na myśli?
— Może...
Znowu odwróciła się i wsypała do swojego napoju dwie łyżeczki cukru.
— Laura? Czy ja o czymś nie wiem?
— Widzę, że mnie też ominęły jakieś ploteczki — wtrąciła Dahlia, odrywając wzrok od telefonu.
— Żadne ploteczki. Tak tylko sobie myślę — rzuciła już bardziej nerwowym tonem, po czym wzięła kubek i wyszła z kantorka.
* * *
Po pracy chciałam zaciągnąć Laurę na rozmowę, bo byłam straszliwie ciekawa o co jej chodziło mówiąc o „przystojnym i bogatym”. Jednak ta szybko uciekła do domu twierdząc, że zaraz ma przyjść do niej elektryk naprawić jakąś usterkę. Postanowiłam odłożyć to na kiedy indziej. Nie zamierzałam odpuścić tego tematu. Jeżeli moja przyjaciółka miała na oku jakiegoś faceta, to przecież musiałam to wiedzieć.
Pogoda po południu była jeszcze gorsza niż rano. Ciemne chmury sprawiły, że miasto zrobiło się szare i ponure. Parasol, który miał mnie ochraniać przed ulewą, ledwo dawał radę ciągnięty przez okropny wiatr. Do tego, jak na złość, sprzed nosa uciekł mi autobus, potem ktoś ukradł mi taksówkę, którą próbowałam złapać, a na samym końcu jakiś samochód przejechał po kałuży ochlapując mnie brudną wodą.
— Kurwa! — wrzasnęłam podminowana do granic możliwości, aż jakiś mężczyzna się za mną odwrócił z przerażoną miną. Szybko schowałam się pod daszkiem budynku obok. Wzięłam głęboki oddech by się uspokoić, a potem sięgnęłam do torby i zaczęłam szukać telefonu, by zadzwonić po taryfę. Czekanie pół godziny na autobus nie było szczytem moich marzeń.
— Cholera, przepraszam za to — usłyszałam nagle. Spojrzałam na osobę, która ni stąd, ni zowąd wyrosła przede mną. Okazało się, że to Vince. — Bardzo cię ochlapałem?
— To twoja sprawka?
— Tak, przepraszam. Nie zauważyłem tej przeklętej kałuży.
— Nic się nie stało — oznajmiłam, dziękując sobie w duchu, że nie założyłam rano jasnych dżinsów.
— Odwiozę cię do domu, co?
— Nie, daj spokój, właśnie miałam dzwonić po taksówkę.
— Po co będziesz płacić? Chodź. Poza tym, obiecałem ci wczoraj kawę.
Tak bardzo chciałam już schować się w ciepłym i suchym miejscu, że po prostu przystałam na tę propozycję. Vince zaprowadził mnie do stojącego zaraz obok czarnego Forda. Zerkając na rejestrację zauważyłam tylko, że była tutejsza. Wsiedliśmy do środka, tam od razu zapytał mnie o adres. Wklepał go do nawigacji i za moment już jechaliśmy.
Podróż cholernie się dłużyła, a panująca cisza była niezwykle krępująca. Wciąż wyglądałam za okno w poszukiwaniu czegoś wartego uwagi, jednak jedyne co widziałam, to spływające po szybie krople deszczu. Nie wiedziałam o czym i czy w ogóle powinnam rozmawiać z Vincem, przecież kompletnie go nie znałam. Pomijając fakt, że było to spoufalanie się z hotelowym gościem, czego nie powinnam...
— Gdzie jedziemy? — Zaczęłam trochę panikować, gdy zdałam sobie sprawę, że zjeżdżamy z trasy.
— Tylko na stację benzynową. Spokojnie. — Uśmiechnął się, chyba wyczuwając mój nerwowy ton.
Rzeczywiście wkrótce zatrzymaliśmy się na stacji. Vince wyszedł, zatankował, następnie pobiegł w stronę budynku osłaniając się kurtką. Zaczęłam zastanawiać się, czy dobrze robię. Siedziałam właśnie w samochodzie u mężczyzny, o którym nie wiedziałam kompletnie nic. Tylko tyle, że miał na imię Vince i mieszkał w Atlantic City, a jego samochód posiadał rejestrację z Kolorado. Może wypożyczył?
To trochę mało danych.
Za parę minut wrócił, cały przemoczony. W rękach trzymał dwa kubki z kawą.
— Proszę — rzucił, wręczając mi jeden.
— Nie musiałeś...
— Ale chciałem. Smacznego.
Wzięłam łyk kawy, która od razu mnie rozgrzała. Czekałam aż ruszymy, ale Vince chyba nie miał takiego zamiaru, bo ze spokojem popijał też swój napój.
— Narzucam ci się, prawda?
— Tylko trochę — oświadczyłam, na co zaśmiał się. — Po prostu nic o tobie nie wiem.
— Proszę bardzo, mogę powiedzieć ci coś o sobie. Mam na imię Vince i mieszkam w Atlantic City. Pracuję w bardzo nudnej branży. Ubezpieczenia. — Na jego twarzy pojawił się grymas. — Dlatego raz na jakiś czas muszę wziąć urlop, wyjechać gdzieś i po prostu nic nie robić. Oto powód mojej wizyty w Denver.
— A dlaczego akurat Oxford? — zapytałam zaciekawiona. Noc w tym hotelu nie należała do najtańszych. Nie wiedziałam ile zarabiają agenci ubezpieczeniowi, ale najwyraźniej tyle, że było go stać na takie drogie wakacje.
— Lubię zwiedzać historyczne miejsca. A Oxford to naprawdę wyjątkowa lokacja. Ma swoją, odrobinę mroczną, historię.
— Tak, podobno jeden pokój i bar są nawiedzane przez ducha.
— Tak, to też, ale nie w tym rzecz. Nie wiem czy wiesz, ale Cruise Room to jeden z pierwszych barów, który został otwarty po zniesieniu prohibicji w latach trzydziestych.
Pokręciłam przecząco głowa. Nigdy o tym nie słyszałam.
— A wcześniej znajdowało się tam speakeasy. Tego też nie wiedziałaś?
— Speakeasy?
— Tajemny lokal, w którym mafia sprzedawała nielegalnie alkohol.
— Wow. Wiesz więcej na temat Oxfordu, niż ja, a przecież tam pracuję. Chociaż, co ja mogę wiedzieć. Jestem tylko sprzątaczką.
— Sprzątaczką, recepcjonistką, kelnerką...
— Mówiłam, że to były wyjątkowe sytuacje. Mam tylko nadzieję, że jako recepcjonistka i kelnerka spisałam się nieźle.
— Na piątkę z plusem. — Uśmiechnął się do mnie, co i na mnie wymusiło subtelny uśmiech. — Powiem to jeszcze raz, ale naprawdę mam nadzieję, że nie narzuciłem ci się zbytnio z tą podwózką i kawą.
— Chyba nawet mogę ci podziękować. To całkiem przyjemna odmiana, zważając na ostatnie dni.
— A coś się stało? Jeżeli oczywiście mogę spytać.
Tak, mógł spytać, ale problem leżał gdzieś indziej. Czy ja chciałam na to odpowiadać?
— Mam trochę problemów osobistych, trochę w pracy... Ale to nic poważnego.
— W pracy? Chyba nie zamierzają cię wyrzucić? Albo zamykać hotelu?
— Aż tak źle chyba nie będzie. Ale ostatnio szefowie się trochę kłócą i mam nadzieję, że w końcu dojdą do porozumienia... Nie wiem nawet czemu ci to mówię.
Szybko odwróciłam wzrok i wzięłam duży łyk kawy. Żałowałam, że nie ugryzłam się w język.
— Gdybyś potrzebowała pomocy i chciała z kimś pogadać...
— Niby z tobą? — rzuciłam szybko. Vince wzruszył ramionami. — Trochę pogadaliśmy, było miło, ale nadal nie jesteśmy żadnymi przyjaciółmi. Nie wiem czy to dobry pomysł.
— Rozumiem, chcesz trzymać dystans. Nie mam pretensji.
Nie wiedziałam do końca, czy chciałam. Ale sądziłam, że tak powinnam.
— Jedziemy? — zapytałam pragnąc jak najszybciej zamknąć temat. Zaczęło znowu robić się niezręcznie i chciałam znaleźć się już w domu.
Nie minęła minuta, a w samochodzie rozległ się dźwięk telefonu, który znajdował się w uchwycie na desce rozdzielczej. Odruchowo zerknęłam na wyświetlacz — dzwonił niejaki Szef. Vince najwidoczniej nie planował odbierać, w ogóle lub z powodu mojej obecności, bo odrzucił połączenie. „Szef” jednak nie odpuszczał i za moment znowu zaczął mrugać na ekranie.
— Oddzwonię później — powiedział na głos Vince, ponownie odrzucając rozmowę.
— Zawsze szef się tak do ciebie dobija, kiedy masz urlop?
— Pewnie chodzi o jakąś pierdołę, lubi zawracać nimi głowę.
Dojechaliśmy pod mój dom. Nie chcąc zbędnie przeciągać, rzuciłam Vince'owi szybkie „Cześć, dziękuję za podwózkę”, a potem jak najprędzej pognałam do domu. Wciąż lało i to coraz mocniej. Naprawdę miałam dosyć tamtego dnia.
* * *
Brak deszczu, brak wiatru, prawie żadnej chmurki na niebie. Miła odmiana po ostatnim dniu. Rano wstałam pełna energii i do pracy dotarłam nawet sporo przed czasem.
Pod hotelem zaparkowany stał policyjny samochód. Nie sądziłam jednak, że policjanci przyjechali akurat do Oxfordu. Chyba, że to ta wariatka Morello zgłosiła kradzież pierścionka... Świetnie, zapowiadały się zbędne kłopoty.
Zamiast iść do szatni, od razu udałam się do lobby. Akurat minęłam się z dwoma mundurowymi, którzy odeszli od recepcji i udali się na piętro.
— Czego oni chcieli? — od razu zapytałam podbiegając do Nate'a.
— Zapytali kiedy ostatni raz widziałem pana Christophera, a potem poprosili o nagrania z kamer.
— Ale po co, co się stało?
— Lewis zgłosił zaginięcie ojca.

2 komentarze:

  1. Cześć.

    W sumie zastanawiam się, czy "Oxford" nie powinien być ujęty w cudzysłowie. To nazwa hotelu, prawda?

    Zauważyłem u Ciebie tendencję do pisania, że ktoś wyszedł nagle zza rogu. ; ) Rozumiem, że hotel jest duży, personel również i że łatwo jest się na kogoś natknąć, no ale trochę zbyt często rozmowy kończą się w ten sposób, że ktoś się nagle pojawia. Oczywiście rozumiem zamiar pokazania, że praca pokojówki nie polega na obijaniu się i pogaduszkach.

    Mam nadzieję, że główna bohaterka zachowa się logicznie i nie wpakuje się w żadne kłopoty. Tym bardziej, że chyba trochę leci na jednego z przystojniaków, którzy zadają się z Lewisem, mimo że jego zachowanie do szarmanckich nie należy.

    Była trochę oschła wobec Vince'aa, ale zupełnie się nie dziwię. W końcu to nieznajomy jej mężczyzna, a główna bohaterka to też dziewczyna z miasteczka. Takie kojarzą mi się zazwyczaj z wiejskimi dziewczynami, dość twardymi bądź co bądź.

    Pozdrawiam serdecznie,
    graf zer0.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, Oxford to nazwa hotelu. Nie wiem czy trzeba pisać to w cudzysłowie. Myślę, że pisane z dużej litery (jako, że to nazwa własna) wystarczy. Ale też oczywiście mogę się mylić :P
    Hah, tak, sama ostatnio zauważyłam, że bardzo lubię stwierdzenie „zza rogu” bądź „za rogiem”. Dlatego pisząc kolejne rozdziały staram się tego unikać.

    OdpowiedzUsuń

Podziel się swoją opinią :)