07.07.2017

Rozdział 6

Domowy placek z jabłkami, piwo imbirowe i kiczowaty horror z lat dziewięćdziesiątych, który Richie wytrzasnął nie wiadomo skąd — tak minął nam sobotni wieczór. Obydwoje potrzebowaliśmy takiego odpoczynku i zresetowania myśli. Przy okazji uśmialiśmy się jak głupi oglądając atak krwiożerczych klaunów.
Niedzielę postanowiłam spędzić już bardziej aktywnie. Przydałoby się spalić kalorie po sobotniej „imprezce”, więc gdy Laura zadzwoniła z propozycją wycieczki na basen, przystałam na to bez żadnego ale.
Po godzinnym pluskaniu się w wodzie udałyśmy się na spacer. Szybko jednak zaczęłyśmy odczuwać zmęczenie po intensywnym pływaniu. Spoczęłyśmy więc na najbliższej ławce i zaczęłyśmy plotkować. Jedna pierdoła, druga, aż temat zszedł na Oxford.
— O, a propos dziwnych gości. Pamiętasz, jak mówiłaś mi o tych facetach, co siedzieli z Tuckersonem w konferencyjnej? Jak ich dokładnie opisałaś? Bandziory w skórach?
— Jasne, że pamiętam. Zwłaszcza, że jeden z nich pożerał mnie wzrokiem — powiedziałam, a wspomnienie o tamtym ciemnowłosym chłopaku sprawiło, że aż poczułam nieprzyjemne ciarki. — Co z nimi?
— Chyba widziałam ich wtedy w piątek. Było ich dwóch. Palili papierosy pod hotelem i jeszcze bezczelnie rzucili pety na chodnik.
— Czyli miałam rację, że to bandziory. Zaśmiecają miasto — parsknęłam śmiechem.
— Myślisz, że dobrze znają tego całego Portera? I może powiedziałabyś w końcu skąd znasz jego nazwisko?
— Znalazłam jego wizytówkę. Pracuje w kasynie. Albo jest tam szefem, to bardziej prawdopodobne.
Opowiedziałam Laurze wszystko, co znalazłam w internecie na temat Black Jack. Streściłam jej również niepochlebną recenzję, która opisywała obiekt jako „melinę w ładnej skorupce”.
— Hmm, kasyno i klub... Czyli człowiek biznesu.
— Słucham? Czy ty siebie słyszysz? Nie interesuje cię, że ktoś go zjechał na forum publicznym?
— A mam ci przypomnieć ile razy ktoś nas zjechał przez jakąś pierdołę? Pamiętasz gościa, który oskarżył kuchnię o podawanie starego jedzenia, bo Clarissa nie chciała się z nim umówić?
— Dobra, to sama przeczytaj tą recenzję i powiedz, co sądzisz.
Włączyłam internet w telefonie i otworzyłam tamtą stronę z opiniami. Przeszukałam ją całą od góry na dół, ale nieprzychylnej opinii już nie było. Jej autor musiał mieć rację — ktoś chyba usuwał negatywne komentarze. Same przecież nie znikały.
— Cholera, już tego nie ma... Ktoś to usunął.
W tamtym momencie zaczęłam pluć sobie w brodę, że nie zrobiłam zrzutu ekranu, by mieć dowód.
— Widzisz? Czyli to nic ważnego.
— Oskarżenie o prostytucję i narkotyki to dla ciebie nic ważnego?
— Jeżeli to były kłamstwa rozzłoszczonego klienta, to może chcieli to usunąć, by nie stracić swojej dobrej reputacji. Albo to tylko konkurencja. Różne świnie chodzą po tym świecie.
— A kto jeszcze niedawno ekscytował się kłótnią Tuckersonów i sugerował, że młody wstąpił do mafii?
— Jestem hipokrytką? — spytała kuląc się. Kiwnęłam głową. — No dobra, ale nawet jeśli, to przecież nas nie dotyczy to, co dzieje się w Atlantic City.
— Oby. Mam nadzieję, że Porter to tylko jakiś stary kumpel Lewisa. Zaraz wyjedzie i wszystko wróci do normy.
— I znowu będzie nudno... — Laura odwróciła głowę i zajęła się jedzeniem loda. Szturchnęłam ją w ramię.
— Hej, ten facet chyba trochę za bardzo wpadł ci w oko!
— Trochę — spuściła wzrok. — Ale co z tego. I tak nigdy bym się z nim nie umówiła. Za wysokie progi. Sprzątaczka z bogaczem? Tylko raz to widziałam. W „Pokojówce na Manhattanie”.
* * *
W tamten weekend naprawdę odpoczęłam. Właśnie tego potrzebowałam. W poniedziałek do pracy szłam pełna energii, nawet pomimo tego, że nie wypiłam porannej kawy. Byłam gotowa na wszystko — na zatkane toalety i prześcieradła zabrudzone różnymi wydzielinami. Nie straszni mi również byli znajomi managera, których miałam nadzieje już nigdy więcej nie zobaczyć. Albo przynajmniej przestać się nimi przejmować.
Pod hotelem wpadłam na Jane. Ta od razu do mnie zagadała i postanowiła przekazać świeże ploteczki.
— Byłaś w piątkowy wieczór w robocie, nie?
Kiwnęłam głową.
— Czyli pewnie słyszałaś co się stało?
— Na mojej zmianie nie stało się nic ciekawego. Wyszłam około dziesiątej.
— No to ominęła cię dobra akcja. Spotkałam wczoraj Alice, zdała mi relację z piątkowej nocy. Jedną laskę z jakiegoś przyjęcia urodzinowego zabrała karetka. Straciła przytomność, a wcześniej wyrzygała cały żołądek.
— Za dużo alkoholu — rzuciłam, biorąc to za pewnik.
— Raczej dragów. Prawdopodobnie była naćpana, a nie pijana. Alice słyszała, że łaziła po hotelu i szukała mocnych wrażeń.
Od razu przypomniałam sobie dziewczynę, która zaczepiała Jerry'ego i pytała o twarde narkotyki. To musiała być ta sama osoba. Najwidoczniej w końcu zdobyła to, co chciała. Wierzyłam, że nasz boy hotelowy nie pokusił się o napiwek i nie pobiegł za nią po naszej rozmowie. Ten chłopak nawet nigdy nie trzymał w ustach papierosa, a przynajmniej tak mi kiedyś powiedział. Wręcz stronił od używek. Miałam nadzieję, że dziewczyna zorganizowała sobie białe gdzieś poza hotelem. W Oxfordzie nigdy nie było problemu z narkotykami.
Poranna odprawa trwała wyjątkowo krótko. Vivian wpadła szybko do kantorka wciąż powtarzając, że ma pełno spraw do załatwienia. Rozdała nam tylko rozpiski na ten dzień i po chwili zniknęła już za drzwiami.
Maszerując korytarzem ze swoim ukochanym wózkiem, zobaczyłam zbliżającą się w moim kierunku panią Marthę. Szła żwawym krokiem trzymając plik dokumentów i wciąż zerkając w telefon. Gdy przeszła obok, od razu mnie zaczepiła.
— Przepraszam, może pani widziała dziś właściciela?
— Niestety nie.
— Cholera jasna... — wymamrotała pod nosem.
— A coś się stało?
— Miał dziś podpisać bardzo ważne rozliczenia i omówić ze mną jeszcze parę spraw. Ale w pracy go nie ma, a telefonów nie obiera.
— A rozmawiała pani z managerem?
— Zbył mnie — machnęła ręką. — Powiedział, że jest bardzo zajęty i że nie wie, gdzie jest jego ojciec.
— Przykro mi, ja też nie pomogę.
— No trudno... Ale dziękuje. Będę próbować dalej.
Zobaczyłam tylko jak odchodzi przykładając do ucha telefon, następnie zniknęła na schodach. Również i ja ruszyłam do swoich obowiązków.
Tylko jeden skradziony ręcznik. Nieźle, jak na osiem pokojów. Syfu do sprzątnięcia też nie było wiele. Schludni goście to coś, co najbardziej cieszy pokojówki. Zaoszczędzony czas wykorzystałam na wcześniejsze pójście na przerwę. Podczas lunchu na stołówce pogadałam z kilkoma osobami. Okazało sie, że nikt nie widział tamtego dnia Christophera Tuckersona. Ktoś nawet powiedział, że w weekend też nie przyszedł. Wprawdzie właściciel nie miał obowiązku bywać w hotelu codziennie, zwłaszcza, że na miejscu urzędował manager, ale brak telefonicznego kontaktu mógł trochę niepokoić.
Postanowiłam przejść się do lobby i porozmawiać z moim ulubionym źródłem informacji. Na szczęście na recepcji nikogo nie było, wiec mogłam swobodnie zagadać do Nate'a.
— Cześć. Widziałeś dziś pana Christophera?
— A co, ty też go szukasz?
— Ja nie, księgowa. Chodzi po hotelu i jęczy, że szef nie odbiera telefonów.
— Tak, u mnie również była, ale ja nie widziałem go od soboty.
— Mam nadzieję, że nic mu się nie stało.
— Co ty wymyślasz — powiedział kręcąc głową. — Na pewno wszystko jest okej i jutro przyjdzie.
Nagle Nate spoważniał i zacisnął mocno wargi. Wzrok skupił na wejściu do hotelu. To musiało oznaczać, że ktoś się zbliża. Nie chciałam jednak ujrzeć tam akurat tych dwóch twarzy. A zamiast odejść, po prostu wbiło mnie w podłogę.
— Poproszę klucz do mojego pokoju — rzucił jasnowłosy właściciel czarnej motocyklowej kurtki. Na jego prawej dłoni dostrzegłam tatuaż, który widziałam już wcześniej. Wtedy w końcu mogłam mu się przyjrzeć z bliska — przedstawiał czaszkę.
Zaraz za nim szedł facet, którego widok jeszcze bardziej mnie zniesmaczył. Opalony brunet zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu, co spowodowało, że po moich plecach przeszedł dreszcz. Tak samo jak wtedy w piątek. Jego zachowanie cholernie mnie peszyło.
Pan Wytatuowany wziął od Nate'a klucz i skierował się do windy. Zdążyłam tylko zobaczyć liczbę 402 wyrytą na breloku. Brunet też dostał swój klucz, niestety nie zauważyłam już numeru pokoju. Obydwaj za moment zniknęli za drzwiami dźwigu.
— Co ty tu jeszcze robisz? Muszę pracować — burknął Nate, w ogóle na mnie nie patrząc.
— Czy ty znasz tych facetów? — zapytałam, ignorując jego komentarz.
— To tylko hotelowi goście, skąd mam ich znać. — Wzruszył ramionami.
— To nie są tylko hotelowi goście, a znajomi managera. Widziałam ich razem w piątek.
— Znajomi, nieznajomi, jakie to ma znaczenie — rzucił znudzonym głosem. — Od kiedy tak interesują cię koledzy szefa?
— Wiesz chociaż jak się nazywają?
— Po co, nazwiska kolekcjonujesz? — spytał nieprzyjemnym tonem. Aż mną wzdrygnęło. — Odpuść, Bell.
Odeszłam od razu, gdy na recepcję zadzwonił telefon. Nate był wyraźnie niezadowolony pytaniem o faceta z pokoju 402 oraz jego kompana, który wlepiał we mnie swoje czarne ślepia. Może i byłam trochę upierdliwa, ale on też przesadził z reakcją. Takie nerwy nie były w jego stylu, a zapewnienia, że to nikt ważny jakoś do mnie nie trafiły i absolutnie nie sprawiły, że miałam ochotę „odpuścić”. Wręcz przeciwnie. To jeszcze bardziej podsyciło moją ciekawość. Sprawiło, że zapomniałam o swoich porannych obietnicach o ignorowaniu ich. Musiałam dowiedzieć się co to za ludzie, choćby tylko po to, by móc spać w spokoju.
Nie musiałam długo czekać, żeby znowu wpaść na któregoś z nich. Zdążyłam tylko wejść na piętro, a zza rogu wyskoczył tajemniczy brunet. Dosłownie jakby tam na mnie czekał.
— Cześć — rzucił.
— Dzień dobry. W czymś mogę pomóc? — zapytałam grzecznie, jak na członka hotelowej kadry przystało.
— Tak. Chciałbym poznać twoje imię. W niektórych hotelach pracownicy chodzą z takimi fajnymi plakietkami, ale u was niestety tego nie ma.
— Każdy obiekt ma inne standardy — odparłam, siląc się na naturalny uśmiech.
— Ależ oficjalnie, wyluzuj trochę. Jestem Chad.
Mężczyzna, ktory powoli zaczynał grać mi na nerwach, wyciągnął do mnie ręke. Jego dłoń na pierwszy rzut oka wyglądała na czystą i zadbaną. Nie widniał też na niej żaden tatuaż. Nie miałam jednak zamiaru jej dotykać, jakkolwiek piękna by nie była.
— Bella — odpowiedziałam szybko.
— Uuu, to po włosku znaczy Piękna. Starzy wiedzieli jak cię nazwać.
— Przepraszam, ale muszę już wracać do obowiązków — wycedziłam przez zęby, tłumiąc w sobie irytację. Chciałam po prostu odejść, ale chłopak zagrodził mi drogę.
— Zajebistą macie tu obsługę. Takie fajne laski, aż szok, że nie pracujecie w branży... rozrywkowej.
— To chyba trochę niestosowna uwaga. Do widzenia.
Weszłam do kantorka i od razu opadłam na krzesło. Moje serce biło w szybkim, nierównym tempie. Ten cały Chad naprawdę mnie rozdrażnił. Chciałam przestać oceniać po wyglądzie, ale niby jak, skoro ten typ sam mi się podkładał? Bezczelny i wulgarny. Jedna krótka rozmowa, a ja już miałam go dosyć.
Przymknęłam na chwilę oczy i delektowałam się ostatnimi minutami przerwy, oraz ciszą i spokojem panującym wokół. Wtedy do kantorka, niczym tornado, wpadła kierowniczka. Podeszła do szafki i zaczęła wywalać jej zawartość do góry nogami. W końcu westchnęła i spojrzała na mnie.
— Skocz proszę do Roberta i weź od niego pudełko herbaty. U nas już nie ma, a dostawa dopiero jutro.
— A czy to ty nie powinnaś tego zrobić?
— Akurat siedzisz i się obijasz. A ja jestem dziś bardzo zajęta i mam wiele na głowie.
— Chyba lakieru do włosów — mruknęłam do siebie.
— Słucham?
— Nic. Oczywiście, już tam idę.
Zeszłam na parter, gdzie zaraz obok wejścia do hotelu znajdował się bar o nazwie „Cruise Room”. Urzędował w nim nie kto inny jak Robert, mistrz w robieniu drinków i parzeniu kawy. Pracował w Oxfordzie już ponad dziesięć lat, więc nikt nie wyobrażał sobie hotelu bez jego pozytywnej aury i szerokiego uśmiechu.
Cruise Room był wyjątkowym miejscem z nieprzeciętnym klimatem. Wchodząc tam człowiek mógł przenieść się do lat trzydziestych ubiegłego wieku. W lokalu stały skórzane kanapy, meble z ciemnego, lakierowanego drewna, a na ścianach królowały złote akcenty. Wyjątkową atmosferę podkręcały czerwone lampy, które zwłaszcza wieczorem robiły spore wrażenie. Cruise Room słynął głównie z szerokiego wyboru whiskey i burbonu. Nie była to jednak jedyna rzecz, która rozsławiła to miejsce.
Według powszechnej opinii w barze grasował duch.
Niejednokrotnie klienci widywali tam pewnego tajemniczego mężczyznę ubranego w strój roboczy. Przychodził regularnie, zawsze zamawiał piwo i opowiadał wszystkim wokół o przyjęciu urodzinowym swojej ukochanej córki. Gdy dopijał swój trunek, po prostu rozpływał się w powietrzu, po czym okazywało się, że jego kufel był pełen.
Historia ta zdecydowanie powodowała, że słuchacz dostawał gęsiej skórki. Jednak ile było w tym prawdy? Od wielu lat nikt już tego ducha nie widział, nawet Robert. A ja sama nie wiedziałam co o tym myśleć. Chyba po prostu każdy stary budynek musiał mieć swojego ducha. Ot, taka ciekawostka i atrakcja turystyczna.
— Cześć, Vivian prosi o pudełko herbaty — od razu rzuciłam do Roberta.
— A ja co mam klientom podawać? Kiedy dostawa?
— Podobno jutro, więc nie umrzesz.
Gdy Robert skoczył na zaplecze, ktoś podszedł do baru. Szybko okazało się, że to nikt przypadkowy. Nie potrafiłam ukryć zdziwienia. Nie sądziłam, że jeszcze go zobaczę.
— Dzień dobry. Miło cię znowu widzieć — rzucił Vince uśmiechając się.
— Dzień dobry. Myślałam, że pan... To znaczy, że już wyjechałeś.
— Nie, jednak przedłużyłem pobyt.
— Do kiedy?
— Na razie parę dni, dokładnie jeszcze nie wiem. Nie spieszy mi się do domu. Polubiłem to miejsce.
Na salę wrócił Rob i dał mi pudełko z herbatą. Kątem oka spojrzał na Vince'a, potem zajął się klientem, który akurat podszedł złożyć zamówienie.
— Może napijesz się ze mną kawy? — usłyszałam nagle od Miltona, jakby wyczytał w moich myślach, że tamtego dnia jeszcze nie dostarczyłam swojemu organizmowi potrzebnej dawki kofeiny.
— Nie mogę, jestem w pracy.
— A po pracy? O której kończysz?
— Nie wiem, czy powinnam...
Patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, jakby czekał, aż podejmę ostateczną decyzję, jednak nie doczekał się. W jego kieszeni zabrzęczał telefon.
— Niestety, muszę iść — powiedział, zerkając na ekran. — Ale tej kawy ci nie odpuszczę. Cześć.
Vince wyszedł z baru z komórką przy uchu, a Rob od razu puknął mnie w ramię.
— Ten koleś jest dziwny — powiedział.
— Czemu dziwny?
— Przychodzi tu codziennie od kilku dni. Czasem zamawia drinka albo kawę, czasem tylko wodę. Ale zazwyczaj siada przy barze albo w kącie, obserwuje lokal i zagaduje mnie.
— Przeszło mi przez myśl, że to może tajemniczy klient?
— Oj nie, tajemniczy gość to zupełnie inny typ. Zazwyczaj tacy są wybitnie wymagający. Proszą o miliony różnych drinków i potraw, zamawiają wszystkie możliwe usługi. A temu kolesiowi chodzi o zupełnie coś innego. Uwierz mojej barmańskiej intuicji.
— Niby o co?
— Tego nie wiem. Ale ja bym na niego uważał. Chociaż pewnie i tak zrobisz jak zechcesz. Oczka ci się świeciły, widziałem.
— To od nadmiaru złota w tym pomieszczeniu — zaśmiałam się pod nosem. Chociaż nie mogłam zaprzeczyć, że Vince był atrakcyjnym mężczyzną. I poczułam się z tym trochę jak Laura wzdychająca do Portera.
* * *
Odkurzanie dywanu na piętrze znajdowało się na samym końcu mojej listy zadań na tamten dzień. Podczas wymachiwania odkurzaczem ujrzałam na korytarzu księgową. Od razu pomyślałam, że muszę zapytać o pana Christophera, bo ta sprawa nie dawała mi spokoju od samego rana.
— O, pani Martho. Udało się pani skontaktować z właścicielem?
— A skąd. — Wzruszyła ramionami. — Jego telefon nie odpowiada. Nie wiem już co mam robić. To nie w jego stylu.
Wtedy z gabinetu dyrekcji wyszedł Lewis. Chciał przejść obok kompletnie nas ignorując, jednak pani Martha szybko go zatrzymała.
— Szefie, czy może...
— Przepraszam, nie mam teraz czasu.
— No ale pański ojciec! Czy mógłby pan się z nim skontaktować i zapytać czemu nie ma go w pracy?
Lewis wziął głęboki oddech. Spojrzał na księgową unosząc kąciki ust.
— Pani Cleese, ja też chwilowo nie mam z nim kontaktu. Może gdzieś wyjechał, ostatnio wspominał coś o Keystone, a tam kiepsko z zasięgiem. Proszę się uspokoić. A teraz przykro mi, jestem umówiony na spotkanie.
— To może pan podpisze te papiery za ojca?
— Jeżeli jutro nadal go nie będzie, to niech pani do mnie z tym przyjdzie! — rzucił jeszcze z oddali.
— No po prostu kabaret — rzuciła marszcząc nos. — Jutro... Jutro to będzie futro.
Poprawiła energicznie żakiet, po czym odwróciła się na pięcie i po prostu poszła. Również i ja skończyłam sprzątanie, zabrałam swoje manatki i odłożyłam je do kantorka. W końcu nadszedł koniec zmiany.
Udałam się do szatni, gdzie spotkałam Dahlię. Stała przed lustrem i czesała swoje gęste, ciemnokasztanowe włosy, których zawsze jej zazdrościłam. Na sobie miała dopasowaną sukienkę koloru granatowego i buty na obcasie. Prezentowała się wręcz olśniewająco.
— Wow, wyglądasz jak gwiazda Hollywood — rzuciłam.
— Dzięki. — Uśmiechnęła się od ucha do ucha. — Zabieram zaraz Jamesa na obiad.
— Jakaś specjalna okazja?
— Ostatnio trochę zaniedbałam nasz związek — odpowiedziała bardziej do siebie, wpatrując się w swoje odbicie. — Nawet po tych czterech latach trzeba czasem pójść na romantyczną randkę.
— Jasne, że tak — odparłam bez wahania, chociaż moje doświadczenie z mężczyznami było raczej znikome. Jeden „poważny” związek pod koniec liceum. Lecz musiałam przyznać, że wtedy to była wielka miłość.
— Halo? — usłyszałam głos Dahlii, gdy stałam przy swojej szafce. Właśnie odebrała telefon z wielkim uśmiechem na ustach. — Tak, powinnam być za pół godziny. Obiecuję, że tym razem będę punktualnie. Do zobaczenia.
Za parę minut Dahlia wyszła, a ja jeszcze kończyłam się przebierać. Zdjęłam buty, zrobiłam krok i wtedy poczułam kłujący ból. Okazało się, że nadepnęłam na mały, świecący przedmiot. Zabrałam go z podłogi. Był to całkiem ładny, złoty kolczyk z dużym, czerwonym kamieniem. Nie miałam pojęcia, do której z dziewczyn mógł należeć. Wiedziałam tylko, że nie do Laury. Nie był w jej guście. Oddałam więc zgubę na recepcję, a potem w końcu opuściłam hotel.

____________________

Przepraszam za wszelkie ewentualne błędy. Rozdział poprawiałam na szybko dziś w nocy, bo jutro wyjeżdżam i chciałam dodać nowy post jeszcze przed tym wyjazdem. 
Rozdział 7 na pewno pojawi się w lipcu ;) Prawdopodobnie pod koniec.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Podziel się swoją opinią :)