19.06.2017

Rozdział 5

Przed pójściem do pracy na wieczorną zmianę pozostało mi trochę czasu. Pomyślałam, że zdążę jeszcze wypić kubek zielonej herbaty i zrelaksować się przed telewizorem. Richiego wciąż nie było w domu. Zastanawiałam się, czy spotkamy się przed moim wyjściem. Nawet nie powiedziałam mu, że wzięłam nadgodziny.
W drodze do dużego pokoju usłyszałam dzwonek do drzwi. Okazało się, że to kurier z jakąś przesyłką dla mojego współlokatora. Podpisałam co trzeba i wzięłam pakunek. Na pudełku widniało znane mi już logo sklepu plastycznego, w którym Richie często robił zakupy.
Byłam pod wrażeniem tego, co robił. Nie mogłam uwierzyć, że nie dostał się na studia z takimi umiejętnościami. Konkurencja musiała być naprawdę ogromna, bo innego wytłumaczenia nie widziałam. Projektowanie i rysowanie kochał całym sercem i po tym niepowodzeniu objął sobie jeden cel — tak podszkolić swój warsztat, żeby za rok przyjęli go na uczelnię bez żadnych zastrzeżeń.
Odłożyłam paczkę na stolik, a potem z kubkiem ciepłego napoju usiadłam przed telewizorem. Skacząc po kanałach trafiłam na serial kryminalny. Detektywi akurat śledzili podejrzanego o dilerkę po gigantycznym centrum handlowym. Rozsiadłam się wygodnie i od razu wciągnęłam w akcję.
Niecały kwadrans później usłyszałam odgłos otwieranych i zamykanych drzwi. Richie nie rzucił jednak żadnym „cześć”, jak miał w zwyczaju. Czekałam, aż wejdzie do pokoju, ale minęło parę minut i nic. Już zaczęłam się zastanawiać, czy z moimi zmysłami wszystko w porządku i czy aby na pewno ktoś wszedł do domu. Udałam się więc na zwiady.
Richie siedział na pufie oparty o ścianę. Miał zamknięte oczy i wyglądał, jakby... spał.
— Halo? Żyjesz?
Pokręcił przecząco głową.
— Jestem wykończony. Dobrze, że już weekend...
— Zrobić ci coś do jedzenia albo picia?
— Jedyne, czego bym się teraz napił, to zimnego piwa.
— Oj nie, ja za ciebie do sklepu chodzić nie będę, nawet o tym nie myśl.
— A czy ja każę ci iść do sklepu? — W końcu otworzył oczy i spojrzał na mnie. Następnie sięgnął do swojego plecaka i wyjął z niego sześciopak. — Imbirowe, twoje ulubione.
— Dzięki, ale...
— Nie ma żadnego ale. Potrzebuję się odstresować po robocie, dlatego dziś wieczorem robimy sobie maraton filmowy z piwem i popcornem. Nie martw się, popcorn też kupiłem. I nie przyjmuje odmowy.
— Przepraszam cię, ale ja naprawdę dziś nie mogę.
— Jak to nie możesz? Nie mów, że już się umówiłaś na dzisiaj?
— Mhm. Do pracy.
— Pracy? W piątkowy wieczór? No oszalała — powiedział do siebie kręcąc głową.
— Dobrze wiesz, jak to u mnie wygląda. Czasami muszę iść pomóc, jak jest duże obłożenie. Przy okazji trochę sobie dorobię.
— Eh, łamiesz mi serce. W takim razie cały sześciopak dla mnie. — Uśmiechnął się do siebie.
— No to miłej imprezki — rzuciłam ironicznie.
— I tak będę miał bardziej fascynujący wieczór niż ty.
— Na pewno. A propos, przyszła paczka do ciebie. — Wskazałam pakunek leżący na szafce. W końcu to go trochę rozbudziło i sprawiło, że wstał.
— Świetnie, pewnie nowe węgle. Czekałem na nie.
— Słuchaj. — Zatrzymałam go jeszcze, zanim udał się do swojej sypialni. — Naprawdę przepraszam za dziś. Jutro możemy sobie to odbić, co?
— Obiecujesz?
— Obiecuję.
* * *
Nie licząc momentów, gdy zawiewał chłodny wiatr, tamten wieczór był naprawdę pogodny. Od przystanku do hotelu szłam spacerkiem, mijając ludzi, którzy zaczynali cieszyć się początkiem weekendu. Jedni wchodzili do pubów, inni do restauracji. W pobliskiej galerii sztuki chyba odbywał się jakiś wernisaż, bo tam również zbierały się tłumy.
A mnie czekała upojna noc w towarzystwie mopa i stosu brudnych prześcieradeł. Nie mogłam narzekać, sama się na to zgodziłam. Przynajmniej nie robiłam tego za darmo.
Pod hotelem kręciło się sporo ludzi, w tym samym czasie podjechały też aż trzy taksówki. Wszyscy ubrani w marynarki i garsonki — zapewne goście imprez okolicznościowych, które właśnie się zaczynały. W jednej sali odbywały się huczne urodziny dwudziestolatki, w drugiej para świętowała okrągłą rocznicę ślubu. Nie miałam natomiast pojęcia, kto tego wieczora wynajął sale konferencyjne. Pewnie jak zawsze pracownicy jakichś korporacji. Często ktoś organizował tam imprezy firmowe. Mocno zakrapiane whiskey.
W szatni spotkałam się z trzema dziewczynami z drugiej zmiany. Nie znałam ich zbyt dobrze, poza tym ciągle ktoś tam przychodził i odchodził. Trudno było spamiętać wszystkie twarze. Wymieniłam z nimi tylko szybkie „hej” i wzięłam się za przebieranie w uniform.
Laura dała znać, że się spóźni, bo musiała wrócić się po coś ważnego go domu. Odprawa zaczęła się więc bez niej. Spojrzałam na swoją rozpiskę. Do sprawdzenia miałam kilka pokoi, ogarnięcie korytarza na trzecim piętrze, a na późniejsze godziny kilka wieczornych serwisów. Wiedziałam jednak, że lista ta będzie się rozszerzać z czasem.
* * *
Kończyłam właśnie przygotowywać pokój przed wieczornym przyjazdem gości, gdy moja krótkofalówka odezwała się głosem Vivian.
— Bella, mogłabyś podejść do małej konferencyjnej?
— A co tam się stało?
— Szef mówi, że coś tam im się potłukło, czy wylało, nie wiem dokładnie.
Przez chwilę zastanawiałam się, czy dobrze usłyszałam. Szef? Czyżby któryś z Tuckersonów był tamtego wieczora w hotelu, i to nie służbowo?
— Jak to szef?
— No, Lewis. Ma jakieś spotkanie dzisiaj, tyle wiem. Po prostu tam idź, dobrze?
Bez większego marudzenia chwyciłam za swoje narzędzia pracy i ruszyłam na miejsce. Po drodze minęłam małą salę bankietową. Do moich uszu dobiegła taneczna muzyka z lat osiemdziesiątych. Aż przez chwilę zapragnęłam tam wejść i po prostu zacząć tańczyć.
W końcu dotarłam do konferencyjnej. Stanęłam pod drzwiami i wsłuchałam się w dochodzące zza nich odgłosy. Ktoś coś mówił, ktoś się śmiał. W środku na pewno było kilka osób.
Postanowiłam w końcu zapukać. Po chwili w progu stanął manager.
— Podobno trzeba coś posprzątać.
— Tak, proszę. Cała butelka Dom Perignon wraz z kieliszkami poszła się przytulać z podłogą — zaśmiał się, a razem z nim jego goście, jakby butelka alkoholu za kilkaset dolarów była dla nich niczym. Sama nie znałam się na takich trunkach i nie pijałam ich, bo nawet nie było mnie na to stać, jednak praca w czterogwiazdkowym hotelu czegoś mnie nauczyła. Kiedyś ucięłam sobie pogawędkę z Robertem o ekskluzywnych alkoholach i dzięki temu byłam mądrzejsza o kilka francuskich czy włoskich nazw. I nie mogłam się nadziwić ile pieniędzy kosztują niektóre takie luksusy — najdroższe nawet kilka tysięcy.
— Czy może zamówić państwu nową butelkę i szkło?
— Nie trzeba. Zaraz sam to załatwię.
Poszłam wziąć się za to, co do mnie należało, czyli zmycie rozlanego alkoholu z parkietu i zebranie potłuczonych kieliszków. Sama butelka nawet nie pękła, gdyż była wykonana z bardzo grubego szkła.
Podczas sprzątania, kątem oka obserwowałam gości Tuckersona. Wśród nich był nie kto inny jak pan od błękitnego garnituru — niejaki Josh Porter. Tym razem ubrany w strój koloru jasnobeżowego oraz bordowy krawat. Zastanawiałam się, czy w swojej garderobie ma garnitur w każdym możliwym kolorze?
Poza nim i Lewisem, w sali było jeszcze pięciu mężczyzn. Dwaj z nich wyglądali jak typowi biznesmeni — koszule, marynarki, teczki. Nic specjalnego. Moją większą uwagę zwróciła pozostała trójka, która zdecydowanie wyróżniała się w tłumie. Mówiąc szczerze, nie chciałabym ich spotkać idąc kiedyś ciemną alejką.
Jeden z nich, blondyn przewyższający o ponad głowę Lewisa, wyglądał, jakby pomylił czterogwiazdkowy hotel z klubem motocyklistów albo salą prób zespołu rockowego. Miał na sobie buty kowbojki, czarne wąskie dżinsy i skórzaną kurtkę. Wydawało mi się, że spod rękawów wystawały mu jakieś tatuaże, które nachodziły na dłonie. Oceniając go po samym wyglądzie — nie wyglądał przyjaźnie.
Równie średnio sympatycznie prezentowali się dwaj pozostali mężczyźni — ciemny brunet i ewidentnie tleniony blondyn. Wyglądali na najmłodszych z całej świty, zaryzykowałabym nawet stwierdzeniem, że byli w moim wieku lub niewiele starsi. Ubrani podobnie jak tamten wytatuowany — skórzane buciory, czarne kurtki. Na domiar złego, jeden z nich, owy brunet, zaczął mi się przyglądać. Siedział rozwalony przy końcu stołu ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma, jakby był u siebie. Gdy nasze wzroki się spotkały, uśmiechnął się do mnie. Moje ciało przeszedł gorąc. Szybko odwróciłam głowę.
Zaczęłam odczuwać dziwny niepokój. Niby nie powinno się oceniać książki po okładce, ale nie potrafiłam sobie wtedy tego wmówić. Naprawdę nie spodziewałabym się takiego towarzystwa u boku Lewisa Tuckersona. To po prostu nie pasowało. Jak pikantny ketchup do cynamonowej bułki.
„Masz zerwać kontakty z tymi ludźmi. Nie podobają mi się.”
Słowa pana Christophera ponownie zabrzmiały w mojej głowie. Chyba w końcu zrozumiałam, co miał wtedy na myśli i o jakich ludziach mówił. I mnie też się nie podobali, ani trochę.
Mężczyźni gadali o duperelach, podczas gdy sprzątałam. Dało wyczuć się z ich strony niecierpliwość i spięcie. Czekali, aż w końcu wyjdę, by mogli swobodnie porozmawiać. Szkoda. Przez chwilę pomyślałam, że może napomkną coś o powodzie, dla którego się spotkali. Bo chyba nie otwiera się drogiego szampana bez żadnej okazji?
Chociaż kto bogatemu zabroni...
— Przepraszam, że to tak długo trwało — rzuciłam po skończonej robocie, widząc znudzoną postawę Lewisa i jego gości. — Szkło rozprysło się na całą podłogę, chciałam wszystko dokładnie zebrać.
— Nie szkodzi. Cieszę się, że tak się przykładasz do pracy. I gdzie jest ten cholerny room service?
— Szampan nie zając, nie ucieknie — zaśmiał się Porter. — Chyba nigdzie nam się nie spieszy, prawda?
— Oczywiście. Mamy cały wieczór, panowie — odezwał się Tuckerson z uśmiechem na twarzy. Potem spojrzał na mnie. — Dziękuję, możesz już iść.
Wychodząc z sali jeszcze raz rozejrzałam się po wnętrzu. Wtedy znowu mój wzrok spotkał się ze wzrokiem tego ciemnowłosego chłopaka. Tym razem puścił do mnie oczko. Udając, że nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia, szybko wyszłam i zamknęłam za sobą drzwi.
Jak gdyby nigdy nic ruszyłam w swoje prawo, gdy nagle zatrzymałam się widząc znajomą twarz. No tak, kompletnie zapomniałam o tym facecie. Gdy rano dowiedziałam się, że jest z Atlantic City, mój mózg zasugerował mi, że może zna się z Tuckersonem albo Porterem. Ale nie było go na spotkaniu w konferencyjnej, więc jego pojawienie się akurat tego samego dnia to prawdopodobnie tylko zbieg okoliczności. Dobrze by było. Zawsze to jeden podejrzany gość mniej.
Pan Milton zauważył mnie i od razu schował do kieszeni telefon, w który wcześniej wlepiony miał wzrok.
— O, dobry wieczór — powiedział przyglądając mi się z ciekawością. — Od kiedy recepcjoniści dorabiają sobie w housekeepingu?
Spuściłam wzrok czując, że dłużej trwający z nim kontakt wzrokowy wprawi mnie w jeszcze większe zakłopotanie. Miałam ochotę schować się za wiadrem z mopem. Albo najlepiej się w nim utopić.
— Nie... To znaczy... Ja pracuję w housekeepingu, na recepcji stanęłam tylko na chwilę na zastępstwo. To była jednorazowa sprawa.
— Ah, rozumiem. — Kiwnął głową.
— Czy może... Mogę jakoś pomóc? Szuka pan czegoś? — spytałam, a moje wewnętrzne ja już chciało mu mówić, że klub przyjezdnych z Atlantic City znajduje się w drugim pokoju na prawo. Zupełnie zignorowałam możliwość, że może jest gościem innej imprezy.
— Nie, dziękuję, po prostu zwiedzam hotel. Bardzo mi się tu podoba.
Uśmiechnęłam się, chociaż tak naprawdę poczułam piekielny wstyd za swoje idiotyczne myślenie. I zastanawiałam się też, jak zwiedza się hotel stojąc. I bawiąc się komórką.
— W takim razie przepraszam i życzę miłego wieczoru.
— Wzajemnie.
Ruszyłam w stronę kantorka wciąż myśląc o tym niefortunnym spotkaniu. A nawet dwóch. Za dużo, jak na kilkanaście minut.
Na miejscu zastałam Laurę, która grzebała w regale z prześcieradłami.
— O, cześć. Dużo się spóźniłaś?
— Niecałe dwadzieścia minut. Dobrze, że managera nie ma — westchnęła z ulgą.
— Tak się składa, że jest. W sali konferencyjnej, ma tam spotkanie.
— Serio? Ale biznesowe czy prywatne?
— Trudno stwierdzić. Siedzi tam trzech ważniaków z teczkami i trzech bandziorów w skórach.
— Jak to bandziorów?! — prawie wrzasnęła. Odruchowo zakryłam jej usta.
— Ciszej, po co to wykrzykiwać. Nie chcę roznosić żadnych plotek. Chociaż nie ukrywam, że średnio mi się to podoba.
— Laura, gdzie ta pościel? — zajazgotała krótkofalówka mojej przyjaciółki.
— Już idę. — Laura wrzuciła na usta grymas. — Jak słyszałaś, muszę pędzić do Vivian. Ale w wolnej chwili chętnie przejdę się obok konferencyjnej.
— Masz zamiar zrobić rozpoznanie terenu?
— A jak! Żaden facet w tym hotelu nie może umknąć mojej uwadze. No właśnie, widziałaś tam może tego przystojniaka od Tuckersona?
— Portera? Ta, siedzi tam.
Laura wybałuszyła oczy.
— A skąd ty wiesz jak on się nazywa? Najpierw numer pokoju, teraz nazwisko?!
— Halo? W windzie się zgubiłaś?! — znowu zawołała Vivian. Już nie zdążyłam odpowiedzieć na zadane pytanie. Obie musiałyśmy wracać do swoich obowiązków.
* * *
Kończyłam właśnie porządkować rzeczy w kantorku, gdy do pomieszczenia wpadła kierowniczka.
— O, dobrze, że cię widzę. Udaj się proszę do kuchni.
— Potrzebują pomocy?
— Tak to jest, gdy połowa kelnerów zapieprza w bankietowych, a druga jest na zwolnieniu. Laura też już im dziś pomagała.
— Jasne, już tam idę.
Udałam się na zaplecze, gdzie od Clarissy, kierowniczki sali, dostałam wózek z kilkoma tacami oraz karteczkę ze wszystkimi potrzebnymi informacjami. Do obskoczenia miałam kilka pokoi na drugim piętrze. Moje zainteresowanie zwrócił ten z numerem 206. Czy to nie tam zameldowany był pan Milton, niejaki "ja tylko zwiedzam hotel"?
Rozniosłam kilka zamówień, aż w końcu dotarłam do 206. Zapukałam, jednak nikt nie otworzył. Po drugiej próbie znowu cisza. Gdy już miałam zrezygnować, gość wyszedł zza rogu. Nie potrafił ukryć zdziwienia, nawet zaśmiał się na mój widok.
— Recepcjonistka, pokojowa, kelnerka... Widzę, że jest pani wszechstronnie uzdolniona.
— Po prostu mam dziś dużo obowiązków — uśmiechnęłam się pod nosem. — Przyniosłam pańskie zamówienie.
Zaprosił mnie do środka i kazał postawić tacę na stoliku. Gdy się do niego odwróciłam, grzebał już w portfelu w poszukiwaniu banknotu. Wręczył mi papierek z Lincolnem, a ja podziękowałam. Za moment ponownie wyciągnął do mnie dłoń.
— Vince.
— Hmm... Bella — odparłam, mimo że bardzo dobrze znałam główną zasadę pokojówek o niespoufalaniu się z gośćmi.
Ale przecież to tylko imię.
— A więc, Bello, długo tu pracujesz? Wiesz, po prostu zastanawiam się, czy jesteś tak wykorzystywana, bo jesteś tu nowa, czy po prostu im dłuższy staż, tym więcej zadań?
— Pracuję tu prawie pół roku. Takie sytuacje jak dziś, to nie codzienność, ale czasem się zdarzają. Gdy jest duże obłożenie i sporo pracy, piony pomagają sobie nawzajem, by wszystko szło sprawniej. Żadne z tego wykorzystywanie.
— To dobrze. Już myślałem, że coś w tym hotelu jest nie tak i będzie trzeba gdzieś zgłosić ten bałagan — zaśmiał się.
Zgłosić? Audyt, inspekcja? Nie, szybko się otrząsnęłam. Audytor byłby chyba bardziej dyskretny.
— No dobrze, już cię nie zatrzymuję — powiedział przerywając moje myśli. — Na pewno masz swoje obowiązki. Do zobaczenia, mam nadzieję.
— Tak, do zobaczenia... Życzę miłej nocy.
* * *
Było już po dziesiątej. Zrobiłam wszystko co do mnie należało, więc wreszcie mogłam zdjąć z siebie uniform i wrócić do domu. Dosłownie padałam z nóg. Nawet zadzwoniłam po taksówkę bezpośrednio pod hotel, bo nie chciało mi się iść kawałek do najbliższego postoju, który znajdował się przecznicę dalej.
Postanowiłam wyjść głównymi drzwiami przechodząc przez lobby, by pożegnać się z Alice i Jerrym, których dzień pracy jeszcze się nie skończył. Na recepcji niestety nikogo nie zastałam, Alice zapewne musiała na chwilę gdzieś pójść. Za to Jerry'ego ujrzałam kawałek dalej. Rozmawiał z jakąś dziewczyną, prawdopodobnie uczestniczką jednej z imprez, o czym świadczył jej odświętny strój.
Podeszłam bliżej. Wtedy zauważyłam, że wręcza mu banknot. Jerry jednak go nie przyjął.
— ... niestety, nie mogę ci pomóc.
— Twoja strata. Ktoś inny zarobi.
Dziewczyna odeszła, rzucając mi po drodze posępne spojrzenie, następnie zniknęła gdzieś w hotelu.
— Czego od ciebie chciała? — spytałam Jerry'ego.
— Pytała, gdzie tu można załatwić jakieś narkotyki, ale inne niż zielone. Powiedziałem, że się tym nie zajmuję. Chciała mi wcisnąć pięćdziesiątkę, a potem się obraziła i powiedziała, że poszuka gdzie indziej.
— No to powodzenia w tych poszukiwaniach — zaśmiałam się. — A tobie życzę dobrej nocy. Ile ci jeszcze zostało?
— Jeszcze trochę, niestety. — Skrzywił się. — Ale dzięki, tobie też dobrej nocy.
Zauważyłam, że przed hotelem stała już taksówka. Niestety nie zdążyłam nawet do niej podejść, bo ktoś nagle wyskoczył zza mnie i dotarł tam pierwszy. Okazało się, że to Lewis Tuckerson. Gdy mnie mijał poczułam subtelną woń alkoholu. Musieli wypić kilka drinków podczas tego uroczego spotkanka.
Wyglądało na to, że managerowi bardzo się spieszy, bo dosłownie rzucił się na pomarańczowy pojazd zatrzaskując za sobą drzwi. Wkurzyłam się. Co on sobie myśli? Że jego pozycja pozwala na bezczelne podkradanie taksówek podrzędnym pracownikom?!
Na szczęście moja taryfa podjechała dosłownie parę sekund później. Ochłonęłam więc i wsiadłam na tylną kanapę rozmyślając jedynie o swoim wygodnym łóżku, w którym planowałam spędzić najbliższe godziny.

2 komentarze:

  1. Cześć.

    Mam wrażenie, że spieszyłaś się, pisząc ten rozdział. Być może dlatego, że chciałaś ukazać mnogość zajęć, które spadły na głowę głównej bohaterki. Jeśli tak, to jak najbardziej wyszło, czyli przeskakiwanie od sytuacji do sytuacji.

    Oczywiście pośpiech to wróg i ponownie udowodnił to dużą ilością zgubionych przecinków.
    Zauważyłem też niepoprawną odmianę "ów". Nie ma takiego słowa jak "owy".

    mianownik: ów, owa, owo, owi, owe
    dopełniacz: owego,owej, owego, owych
    celownik:owemu, owej, owemu, owym
    biernik: owego, ów,ową, owo, owych, owe
    narzędnik: owym, ową, owym, owymi
    miejscownik: owym, owej, owym, owych
    wołacz: ów, owa, owo, owi, owe

    Pozdrawiam serdecznie,
    graf zer0.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dobrze wiem, że nie ma słowa „owy”. Staram się to wbić do głowy, ale i tak czasem wkradnie mi się błędna forma... Dzięki, będę na to zwracać większa uwagę :)

      Usuń

Podziel się swoją opinią :)