01.06.2017

Rozdział 4

Usiadłam przy stoliku z kubkiem gorącego kakao. Jesień rozkręcała się już na dobre, temperatura spadała z każdym dniem, czemu dodatkowo towarzyszył nieprzyjemny wiatr. Pomyśleć, że jeszcze niecałe dwa tygodnie wcześniej grzało słońce i wszyscy nosili krótkie rękawki. Już powoli zaczynałam tęsknić za latem. Za bezchmurnym niebem i bezwietrzną pogodą, kiedy mogłam swobodnie chodzić w rozpuszczonych włosach bez obawy o ich poplątanie. Za spacerami po miejskim zoo i wycieczkami do parków krajobrazowych, których wokół Denver było wiele. Od dłuższego czasu miałam w planach zakup roweru i rolek, ale nie wiedziałam czy jest sens, skoro najwyraźniej zima zbliżała się do Kolorado wielkimi krokami. Poza tym pomyślałam, że przez te chłodne miesiące dozbieram jeszcze trochę pieniędzy, by zafundować sobie lepszy sprzęt.
Wzięłam łyk napoju i włączyłam laptopa. Niekrótką chwilę wpatrywałam się w puste pole internetowej wyszukiwarki. Jak nazywało się to kasyno? Na moment zupełnie wypadło mi z głowy. Poza tym, czy szperanie w tej sprawie miało jakikolwiek sens? A co jeśli znowu intuicja robiła mnie w konia? Tak jak w Highway Inn, moim poprzednim miejscu pracy, kiedy to podejrzewałam, że jeden z motelowych gości jest przestępcą i planuje zabójstwo. Ostatecznie okazało się, że prawda była zupełnie inna, a ja wyszłam na idiotkę i panikarę. Nie chciałam powtórzyć tego błędu.
Ale nie mogłam też nic poradzić na to, że wyczuwałam w powietrzu coś niepokojącego i po prostu chciałam mieć pewność, że nie grozi nic hotelowi. Że konflikt między szefami nie będzie mieć żadnego wpływu na moją pracę. Tylko tyle.
Moje rozmyślania przerwał mi dźwięk telefonu. Wstałam od stolika i znalazłam komórkę w torbie. Od razu odebrałam z uśmiechem na twarzy, widząc kto dzwoni.
— Cześć, córeczko! — usłyszałam wesoły głos mamy. — Co u ciebie słychać? Tak dawno nie rozmawiałyśmy.
— Wszystko dobrze, mamo. — Położyłam się wygodnie na łóżku. — Dużo pracy, jak zawsze. A u was?
— Ah, dużo się dzieje. U mnie w szpitalu zamieszanie, bo nowy dyrektor przyszedł i robi rewolucje. Na szczęście nie grozi mi żadne zwolnienie, o to się nie martw. Po prostu trzeba się przyzwyczaić do nowych godzin i norm pracy. A poza tym, u McGovernów był ostatnio pożar, mówię ci, dym to chyba było aż w Kansas widać, cała szopa im płonęła. Nie wiadomo czy to podpalenie, czy przypadek. Ale dobrze, że na okoliczne drzewa się nie przeniosło.
— Ale nic nikomu się nie stało?
— Nie, na szczęście nie. Ale ich pickup to chyba pójdzie na złom. A przecież nowy kupili dwa lata temu. Dobrze, że chociaż był ubezpieczony.
— A co u taty?
— Ojciec pojechał do Burlington do pracy, wróci dopiero późnym wieczorem. Dużo ma ostatnio roboty, mówię ci. A poza tym...
Moja mama była z natury straszną gadułą. Gdy już zaczynała o czymś namiętnie mówić, to trudno było jej przerwać. Zawsze mnie to irytowało, gdy byłam młodsza. Ciągle tylko gadała i gadała... Dopiero, gdy się wyprowadziłam, zaczęło mi trochę brakować tego trajkotania nad głową. Gdy do mnie dzwoniła, to ku własnemu zdziwieniu, z chęcią wysłuchiwałam wszystkiego, co miała mi do powiedzenia. Nawet tych błahych ploteczek, które podłapała gdzieś od sąsiadów.
Mój tata był na szczęście bardzo tolerancyjnym człowiekiem wobec gadatliwości mamy. Niby różnili się pod względem temperamentu, byli trochę jak ogień i woda, ale zawsze powtarzał, że uwielbia tę jej żywiołowość. Chociaż śmiał się, że z tym plotkarstwem mogłaby czasami przystopować. Jego nie obchodziło kto, gdzie, z kim i dlaczego.
A ja? Ja zawsze stałam gdzieś po środku spokoju ojca i wszędobylstwa mamy. Podobnie było w przypadku wyglądu. Zawsze wszyscy powtarzali mi to samo — duże oczy po tacie, lekko spiczasty nos po mamie.
Ani się spostrzegłam, a minęła prawie godzina naszej telefonicznej pogawędki. Zaczynałam odczuwać głód. Właściwie, to od paru ładnych godzin nic nie jadłam.
— Mamo, będę powoli kończyć. Zadzwonię może w przyszłym tygodniu.
— Dobrze, córeczko, dobrze. To trzymaj się tam i uważaj na siebie. I pozdrów tego swojego kolegę, co z nim mieszkasz.
— Oczywiście, pozdrowię — odparłam, śmiejąc się trochę w duchu. Mama nigdy nie pamiętała imienia Richie'ego. Chyba nadal nie była zachwycona, że z nim mieszkałam. Ale miło, że chociaż starała się być uprzejma i przesłała mu pozdrowienia.
Udałam się do kuchni z kubkiem kakao. Podgrzałam je w mikrofalówce, bo przez ponad godzinę zdążyło kompletnie wystygnąć, a nie lubiłam zimnego. Zabrałam też coś do jedzenia z lodówki i wróciłam do swojej sypialni. Chciałam w końcu skończyć to, co zaczęłam przed telefonem z domu.
W końcu przypomniałam sobie nazwę kasyna, więc wpisałam ją w wyszukiwarkę. Black Jack. Ciekawe, czy pan Porter tam rządził, czy był tylko zwykłym pracownikiem? Nie zdziwiłabym się, gdyby to pierwsze.
Atlantic City kojarzyło mi się zawsze z gorszą, bardziej ubogą wersją Las Vegas. Nigdy tam nie byłam, ale wiedziałam, że taka opinia o tym mieście krążyła. Dużo luksusowych hoteli i kasyn, jednak jak Vegas zawsze tętniło życiem, tak jego odpowiednik ze wschodniego wybrzeża radził sobie trochę gorzej. Wiele znanych obiektów w ostatnich latach pozamykało się na cztery spusty. Jednak nie Black Jack.
Kasyno wraz z niewielkim obiektem noclegowym oraz klubem nocnym otwarto przed czterema laty. Wyglądało na to, że było dosyć popularne i miało swoich lojalnych, stałych gości. Wszystko to brzmiało nieźle. Szukałam jednak dalej.
Przewertowałam kilka stron z opiniami ludzi. Znaczna większość z nich nie szczędziła w komplementy — efektowne wnętrza, profesjonalna obsługa. W hotelu można się dobrze wyspać, a kasyno i klub to idealne miejsca do spędzenia wolnego sobotniego wieczoru.
Efektowne, profesjonalne, idealne. Sto procent pozytywnych opinii. Czyż to nie zbyt piękne, by było prawdziwe? Przecież zawsze znajdą się jednostki, które narzekają na bzdety. Bo kawa za ciepła, drink za zimny, łóżko za miękkie. Dobrze znałam to z pracy. Jakoś nie chciało mi się wierzyć, że Black Jack to miejsce perfekcyjne, bez skazy, które jest uwielbiane przez każdego człowieka na Ziemi.
I wtedy znalazłam to, czego potrzebowałam do obalenia tej teorii. Jedna, jedyna negatywna opinia, dodana dosłownie dzień wcześniej.
„Już trzeci raz dodaję tu swój komentarz, może tym razem nie zostanie usunięty. Jakim trzeba być snobem i zadufanym w sobie bucem, by kasować wszystkie nieprzychylne opinie?! Właściciel najwyraźniej stara się ukryć, że jego obiekt to jedna wielka KPINA, oszustwo, zwykła melina w ładnej skorupce. W kasynie nacinają na kasę, zresztą w klubie też. Przy wejściu jest jakaś chora selekcja, robiona przez bramkarzy, którzy chyba z pierdla pouciekali. Ten cały klub nocny to też jakiś żart. Tancerki? Chyba PANIE LEKKICH OBYCZAJÓW, które po godzinach dorabiają w hotelu obok. No i ta podejrzanie duża ilość roześmianych i zataczających się klientów — i to bynajmniej nie przez alkohol. Niech ludzie w końcu przejrzą na oczy. Black Jack to miejsce dla bandytów i ćpunów!”
Moje kakao znowu ostygło, ale za to krew w żyłach lekko zawrzała. W chwilę kolorowa bańka mydlana prysła. Jeżeli ta recenzja była szczera, a nie napisana przez niezadowolonego zarozumialca pod wpływem emocji lub w ramach zemsty, to stawiała ona Black Jack w bardzo złym świetle.
Może jednak moja podejrzliwość tym razem nie była przesadzona?
— Halo, jest tu kto? — usłyszałam nagle, wraz ze stukaniem w drzwi. Byłam tak zajęta czytaniem, że nawet nie zorientowałam się, że Richie wrócił do domu. — Co tam porabiasz?
— Nic. Takie tam...
— Jakie, takie? — Podszedł do mnie i spojrzał w ekran laptopa — Kasyno? Czy ja o czymś nie wiem?
— Tak tylko czytałam, to nic ważnego.
Odrobinę speszona, od razu zamknęłam komputer.
— Chyba nie zamierzasz bawić się w hazard? Kto mi potem będzie płacił za czynsz, jak przegrasz wszystkie pieniądze?
— Głupek — uśmiechnęłam się, ale za sekundę znów spoważniałam. — Mówię, że to nic ważnego. Śmiałbyś się, jakbym ci powiedziała.
— To w końcu nic ważnego, czy bym się śmiał?
Uszczypnęłam go w żebro, a on odskoczył śmiejąc się.
— Może kiedyś ci powiem.
* * *
Nawet nie zauważyłam kiedy minął czwartek i zaczął się weekend. Szykował się męczący dzień w robocie. Od samego rana do hotelu zaczęły zjeżdżać się tłumy ludzi. Do wysprzątania było więcej pomieszczeń niż zawsze, a przecież jeszcze czekała mnie druga zmiana, czyli przygotowania pokojów do wieczornych przyjazdów oraz wiele nocnych serwisów. Jeden gość prosi o coś do zjedzenia przed snem, inny o porządne wywietrzenie pokoju, jeszcze inny o tabletki nasenne. Znając życie, room service będzie potrzebował pomocy housekeepingu. Nie wiedziałam więc, o której wrócę do domu. Zapowiadał się bardzo długi piątek.
Tamtego dnia zarezerwowane były wszystkie cztery sale w hotelu — obie bankietowe i obie konferencyjne. Sporo ludzi z tych imprez nocowała w Oxfordzie. Dokładając do tego pozostałe rezerwacje, obłożenie było bardzo duże.
Biegałam od pokoju do pokoju, w międzyczasie jeszcze kilka razy do pralni i do kantorka. Pory mojego lunchu nie było widać, a mój żołądek wołał już pomocy. Jak na złość, gdy myślałam, że to już ten czas, musiałam jeszcze zejść do lobby. Przed południem przyjechała jakaś wycieczka i podobno narobiła niezłego bałaganu. Ktoś musiał to ogarnąć i oczywiście padło na mnie. Miałam nadzieję, że to będzie moja ostatnia robota przed przerwą.
Zeszłam na parter. Przy windach prawie wpadłam na George'a, który szedł gdzieś żwawym krokiem nie patrząc przed siebie.
— Co się tak spieszysz?
— Daj spokój. Dziś taki sajgon, że nie wiem o której stąd wyjdę. Chyba dopiero jutro. Każdy coś ode mnie chce i jeszcze dodatkowo pomyliłem walizki. A Jerry przyjdzie pomóc dopiero późnym popołudniem.
— Wiem co czujesz. Ja dziś tez przychodzę na drugą zmianę wieczorem. Powodzenia.
George podziękował wzdychając, a potem wrócił do swoich zajęć. Ja tymczasem zajęłam się bałaganem w lobby spowodowanym przez gości. Ktoś podobno się przepychał, popchnął jednego, drugiego i w rezultacie jeden kwiatek wylądował na dywanie. Było więc do sprzątnięcia sporo ziemi i kawałków potłuczonej donicy.
Po ogarnięciu jego bajzlu chciałam w końcu iść na przerwę. Po prostu usiąść i odetchnąć. Przechodząc obok recepcji zostałam jednak napadnięta przez Nate'a, który wyskoczył na mnie zza lady jak zjawa.
— Bella, powiedz, że masz chwilkę.
— No mam, idę właśnie na przerwę.
— To super. Wejdź na moment na recepcję, dobra?
Trochę mnie zamurowało. Nie sądziłam, by sprzątaczka w reprezentacyjnym miejscu hotelu była dobrym pomysłem.
— Ale... Ja chyba nie powinnam, poza tym nie umiem...
— Jeżeli zaraz nie porozmawiam z Clarissą, to będziemy mieli dwa wesela w jednej sali, a Tuckerson urwie mi łeb. Potrzebuję dosłownie pięciu minut. Przy takim tłumie ktoś musi tu stanąć, ktokolwiek, a George i cała reszta zalatani. Dasz sobie radę. W razie czego, biorę to na siebie, okej?
— No dobra, jak musisz...
— Dzięki, wiszę ci dobrą kawę.
Stanęłam za marmurową ladą. Wprawdzie w Highway Inn stałam raz na recepcji w zastępstwie, ale wcale mnie to nie uspokoiło. Już nauczyłam się, że nie powinnam porównywać tamtego motelu z czterogwiazdkowym Oxfordem. Tam przez parę godzin obsłużyłam tylko jedną osobę, a banalny system komputerowy ogarnąłby każdy dzieciak. Tutaj czułam się trochę nieswojo i niepewnie. Modliłam się więc, żeby nie zjawił się jakiś gość, którego będę musiała zameldować. Chyba, że ktoś spyta się mnie o coś związanego ze sprzątaniem, wtedy opowiem mu wszystko ze szczegółami.
Stąpałam z nogi na nogę. Miałam, wrażenie, że stałam tam już z godzinę. Spojrzałam na zegarek — okazało się, że minęły dopiero dwie minuty. Czas dłużył mi się jak szalony. Na szczęście jeszcze nikt nie podszedł do recepcji, nikt nie zadzwonił. Byłam więc spokojna i wierzyłam, że tak zostanie.
Do czasu.
Na recepcji rozległ się dźwięk telefonu, od którego aż podskoczyłam. Szybko jednak ogarnęłam się i podniosłam słuchawkę. Przez te parę minut byłam w końcu recepcjonistką i musiałam zachowywać się jak recepcjonistka. Czego tu się bać?
— Tak, słucham? Hotel Oxford.
— Dzień dobry, ja jestem Evariste Cloutier — powiedział mężczyzna bardzo łamanym angielskim. — Ty mówisz po francusku?
— Nie, nie... Tylko angielski.
Jak na złość akurat musiał trafić się obcokrajowiec i to jeszcze francuz. Nate znał francuski, nie miałby problemu. Miałam jednak nadzieje, że jakoś się z nim dogadam.
Facet powiedział, że ma rezerwację wstępną, którą chciałby potwierdzić. Chwilę dochodziłam do tego, jak ogarnąć hotelowy system, który przypominał mi trochę instrukcję budowy statku kosmicznego. Po chińsku. Milion tabelek, ikonek, cyferek, skrótów. Po wzięciu głębokiego oddechu, znalazłam jakąś wyszukiwarkę. Wpisałam w nią nazwisko gościa, które zrozumiałam dokładnie dopiero za trzecim razem i wyskoczyła mi informacja o jego rezerwacji. Sukces. Po paru ładnych minutach i kilku zniecierpliwionych westchnięciach pana Cloutier, zaznaczyłam w komputerze wszystko co trzeba. A przynajmniej miałam taką nadzieję. Najwyżej Nate potem wszystko naprawi. Wciąż zastanawiałam się, gdzie on do cholery był? Sterczałam tam już całe osiem minut. I to było to jego „dosłownie pięć”?
Nagle zza rogu wyskoczyła jakaś kobieta i zapytała o najbliższy postój taksówek. Na szczęście znałam okolice hotelu i wiedziałam, gdzie takowy się znajduje. Poszło więc jak z płatka. Nie był to jednak ostatni gość na mojej „zmianie”.
Do hotelu wszedł mężczyzna z walizką. Podążał prosto w stronę recepcji, więc przyjęłam pozycję wyprostowaną. Byłam gotowa. Z daleka dostrzegłam, że był ciemnowłosy i opalony, przestraszyłam się więc, że to jakiś hiszpan albo włoch i znowu będę mieć problem z komunikacją, jak z tym francuzem. Wprost cudownie.
Facet stanął przy recepcji. Dopiero, gdy ujrzałam go z bliska, uderzyła we mnie jego uroda. Czas, który tak mi się dłużył, nagle po prostu się zatrzymał. Smukła twarz i mocno zarysowane kości policzkowe, idealnie uczesane ciemno brązowe włosy, jasno orzechowe, wręcz lśniące oczy.
— Dzień dobry — wykrztusiłam tylko, mając nadzieje, że odpowie mi po angielsku.
— Dzień dobry. Vince Milton, mam tu rezerwację.
Kamień spadł mi z serca słysząc amerykański akcent, mimo że raczej nie z Kolorado. Facet wyjął z kieszeni skórzany portfel, a z niego dokument potwierdzający tożsamość. Zerknęłam kątem oka w stronę schodów, jakbym miała tym ściągnąć Nate'a. Jego jednak wciąż nie było, a mijały już kolejne minuty. Powinien być mi winny dodatkowo ciastko do tej obiecanej kawy.
Zerknęłam w prawo jazdy faceta. Vince Milton, Atlantic City. Kolejny? Miałam nadzieję, że nie dałam po sobie poznać, że mnie trochę zamurowało. Bo czy to nie było zbyt podejrzane? Wyglądało na to, że do Lewisa przyjechał kolejny kolega z miasta upadających kasyn. W tamtym momencie czar trochę prysł i facet jakoś przestał mi się podobać.
Wpisałam nazwisko gościa do wyszukiwarki. Okazało się, że pokój był wstępnie zarezerwowany na trzy doby. Kliknęłam w systemie opcję, którą uważałam za słuszną, następnie odwróciłam się do półki z kluczami i znalazłam ten z konkretnym numerkiem.
— Pokój 206. Proszę. I życzę miłego pobytu.
— Dziękuję bardzo. Również życzę miłego dnia.
Mężczyzna odszedł. Opadłam na krzesło, mając nadzieje, że już nikt więcej nie podejdzie. Gdy usłyszałam kroki, zaklęłam pod nosem. Na szczęście był to prawdziwy recepcjonista. W końcu.
— Gdzieś ty był tyle czasu?! — od razu naskoczyłam na niego. Zniknął na ponad piętnaście minut.
— Przepraszam cię bardzo, urwanie głowy z tymi weselami. Mam nadzieje, że wszystko okej? Byli jacyś goście?
— Tak się składa, że obsłużyłam aż trzech.
Ignorując trochę zdziwioną minę Nate'a, poprosiłam by zerknął w system i sprawdził, czy zrobiłam wszystko tak jak trzeba. O dziwo, okazało się, że niczego nie schrzaniłam.
— Naprawdę dobrze sobie poradziłaś. Może powinnaś pracować na recepcji?
— Najpierw musiałabym się nauczyć z dziesięciu języków obcych.
— Dwa wystarczą — zaśmiał się. — W każdym razie, dzięki za pomoc. Pamiętam, że wiszę ci kawę.
— I ciastko.
— I ciastko — uśmiechnął się, a potem każde z nas wróciło do swoich spraw. On do odbierania telefonów, a ja do zjedzenia posiłku. Chociaż zamiast kanapki, w mojej głowie było wtedy coś innego. A raczej ktoś.
Vince Milton. Przystojniak z Atlantic City. I miałam dziwną, cichą nadzieję, że nie był on w żaden sposób powiązany z Tuckersonem.

__________

Tak, wiem, że akcja biegnie jak ślimak, ale nie ukrywam, że miałam trochę taki plan. Żeby pokazać odrobinę z życia głównej bohaterki oraz powoli, po trochu, dawkować informacje. Nie będzie tak jednak zawsze! Obiecuję, że już niedługo będzie się działo więcej. Jeżeli będzie wam się chciało czekać na rozwinięcie akcji, to będzie mi bardzo miło :P
Do zobaczenia :)

EDIT: Zostałam nominowana w konkursie na Blog Miesiąca Maj! Serdecznie dziękuję za tę nominację ♥ Link do głosowania znajdziecie w gadżecie Aktualności po lewej stronie bloga ;) Będzie mi miło, jeżeli oddacie głos, ale oczywiście nikogo nie zmuszam :P

2 komentarze:

  1. Cześć.

    Zupełnie nie przeszkadza mi, że akcja się wlecze. Jestem przyzwyczajony do czytania naprawdę długich książek i nie widzę potrzeby, żeby wszystkie rozdziały w stu procentach coś wnosiły do fabuły. Chociaż czasem te pozornie drobne rzeczy, jak chociażby rozmowa z mamą, dużo dają.

    Fakt faktem to jest pierwsze obyczajowe opowiadanie, które czytam, więc ciężko mi się też wypowiadać, czy w tym konkretnym gatunku mogą pojawić się "dłużyzny". Na pewno nie przeszkadzają.

    Literówki, brak przecinków - to wszystko jest do nauczenia. Plus w jednym momencie brakuje apostrofu, w imieniu "George'a". Myślałem, że po prostu nie wiesz, jak odmieniać, ale w przypadku "Nate'a" tego problemu nie ma.

    Pozdrawiam serdecznie,
    graf zer0.

    OdpowiedzUsuń
  2. Biedna Bella, naprawdę ją rozumiem. Ja pracuje w handlu, ale pamiętam, jak musiałam stanąć na punkcie obsługi klienta. Potrafiłam wystawiać tylko faktury, jeśli chodzi o wszystkie zlecenia to byłam noga. xD Miałam tam stać tylko kilka minut, bo koleżanka musiała do łazienki. A przyszedł facet z reklamacją i jeszcze taki nerwus. A koleżanki nie było przez 10 minut. Rozumiem Bellę, jak nic. :D Ale dała radę! Dzielna babka!

    OdpowiedzUsuń

Podziel się swoją opinią :)