08.04.2017

Rozdział 2

Mimo że Denver było sporym miastem, jakieś sto razy większym od dziury, z której pochodziłam, to jednak czułam się tam na swój sposób jak w domu. W całym stanie Kolorado panował podobny klimat – tu nikt się nie spieszył i nie smucił, żyło się spokojnie, zdrowo i aktywnie. Dlatego czasem zastanawiałam się z jakiej planety urwał się młody Tuckerson. W ogóle nie pasował do tego miasta. Rzadko się uśmiechał i raczej sprawiał wrażenie pracoholika, niż typowego faceta z Kolorado wiodącego życie bez zmartwień.
Moje rodzinne miasteczko przypominała mi też pewna cukiernia, która znajdowała się parę przecznic od Oxfordu. Można było tam kupić przepyszne cynamonowe bułeczki oraz placek z wiśniami, który smakiem bardzo przypominał ten, który robiła moja mama. Chodziłam tam kilka razy w miesiącu, zwłaszcza gdy zgarnęłam wyższy napiwek. Po prostu nie mogłam sobie odpuścić tych słodkości. Każda okazja była dobra, by tam iść. Na przykład rozmowa z przyjaciółką.
— A więc mówisz, że ojczulek chce wyrzucić syna z hotelu? — spytała z zafascynowaniem Laura, po czym zlizała z ust różowy lukier z pączka, którego właśnie jadła.
— Tak to zabrzmiało... Nie wiem, może przesadzam. Może się po prostu sprzeczali i tak powiedział. Ludzie w złości mówią różne rzeczy.
— Pan Christopher? Nigdy nie widziałam go zdenerwowanego, nie słyszałam wrzeszczącego. Skoro tak zareagował, to musiało stać się coś poważnego. Mówię ci, Lewis coś nabroił. Dołączył do jakiejś mafii, czy co.
— Tak, od razu mafii. – Zaśmiałam się, mimo że w mojej głowie zabrzęczało wtedy pytanie „A co jeśli?”. — Chociaż przyznaję, że nie płakałabym zbytnio za nim, gdyby odszedł.
— Ta, ja też. Przynajmniej już nie świrowałabym, że któregoś dnia wyrzuci mnie bez powodu tak jak Sam.
Lewis Tuckerson całkiem nieźle radził sobie z prowadzeniem hotelu. Przynajmniej tak to wyglądało z mojej perspektywy – osoby, która kompletnie się na tym nie zna. Najwyraźniej studia, o których wspominał jego ojciec, nie poszły na marne. Nie wiedziałam co studiował, może hotelarstwo, może jakieś zarządzanie, w każdym razie pasował na takie stanowisko. Do tego jego rodzina siedziała w tej branży od kilku pokoleń, więc miał to chyba wpisane w geny.
Za jego rządów zostały wymienione starodawne sprzęty w pokojach oraz odświeżone karty w restauracji oraz barze. Przez ostatni rok nawiązał sporo nowych kontaktów, dzięki czemu coraz częściej w Oxfordzie organizowane były imprezy okolicznościowe, ważne konferencje czy aukcje. Nie podejmował żadnych głupich, niezrozumiałych decyzji.
Może poza wyrzuceniem jednej pracownicy.
Sam pracowała w Oxfordzie jako pokojówka. Gdy odeszła z pracy, to właśnie ja zajęłam wolny etat, dlatego nie zdążyłam jej poznać. Znałam ją tylko z opowiadań dziewczyn.
Sam miała najdłuższy staż ze wszystkich pokojowych. Zatrudniona była jeszcze przez poprzednią menadżerkę hotelu. Dobrze sobie radziła i wszyscy wróżyli jej awans na kierowniczkę piętra. Jednak któregoś dnia Lewis Tuckerson po prostu ją wyrzucił. Sam nigdy nie powiedziała dlaczego, a potem urwała kontakt z ludźmi z Oxfordu.
Personel podejrzewał, że mogło chodzić o jej notoryczne spóźnienia. Problem z punktualnością był zdecydowanie jej najsłabszą stroną. To nie tak, że w ogóle nie przychodziła do pracy, ale podobno lubiła się spóźniać dziesięć, piętnaście minut, a Tuckerson znany był z tego, że nie tolerował spóźnialskich. Ale czy to naprawdę mógłby być powód, by wyrzucić kogoś na bruk w trybie natychmiastowym? Zwłaszcza, że to Vivian była jej bezpośrednią przełożoną, a nie Lewis. Uważałam, że musiało kryć się za tym coś więcej i tak samo sądziła Laura. Coś zdecydowanie było na rzeczy.
* * *
Do domu dotarłam po niecałej godzinie od wyjścia z cukierni. Podróż autobusem zajmowała mi trzydzieści minut, potem niecały kwadrans drogi spacerkiem. Tamtego dnia przed wejściem do mieszkania zrobiłam jeszcze małe zakupy w osiedlowym mini-markecie. Było tam wszystko, czego potrzebowałam, a nawet więcej. Codziennie świeże owoce i warzywa. Właśnie za to kochałam Kolorado, chyba nie mogłabym mieszkać gdzieś indziej.
Moje mieszkanie było piętrowym lokum z dwiema sypialniami, dwiema małymi łazienkami i aneksem kuchennym. Zadbane i schludne, chociaż urządzone raczej skromnie – w moim pokoju było tylko łóżko, szafa i stolik z fotelem, dlatego niedługo po wprowadzce ozdobiłam puste, białe ściany rodzinnymi zdjęciami, a na stoliku postawiłam doniczkę z kwiatkiem. Moje książki niestety nadal leżały w pudle, jako że jeszcze nie zdążyłam dorobić się jakiegoś regału.
Jak na takie warunki, cena była naprawdę atrakcyjna. Zwłaszcza, że koszty rozkładały się na mnie i mojego współlokatora. Dopóki zarabiałam tyle ile zarabiałam, raczej nie mogłabym sobie pozwolić na własne cztery kąty. Poza tym, lubiłam mieć jakieś towarzystwo. Zawsze dobrze, gdy masz do kogo się odezwać.
Godzinę później w domu zjawił się Richie.
— Cześć, jesteś? — usłyszałam jego krzyk z przedpokoju.
— Jestem!
— Zrobiłaś zakupy?
— Zrobiłam!
— Kupiłaś masło orzechowe?
— Tak!
— Dzięki!
Richie był naprawdę fajnym facetem. Otwartym i pozytywnie zakręconym, przez co przypominał mi trochę męską wersję Laury. Można było usiąść z nim przed telewizorem i poumierać się śmiechu oglądając głupawe komedie oraz napić się razem piwa w piątkowy wieczór. Był bezproblematyczny, nie rządził się i nie wykłócał. Nikogo lepszego nie mogłam sobie wymarzyć na współlokatora.
Moi rodzice, a zwłaszcza mama, mieli małe obiekcje, gdy dowiedzieli się, że będę mieszkać z mężczyzną. Zaczęli mnie męczyć pytaniami, czy mam pewność, że nie będzie chciał mnie wykorzystać? No i z obcym facetem pod jednym dachem? Jak tak można?
Uspokoili się trochę dopiero, gdy wyznałam im, że Richie jest gejem. Na początku ich zamurowało. Moja rodzina była pod kilkoma względami konserwatywna. Niby rodzice zawsze mówili, że tolerują odmienności, ale nie wiem jak zareagowaliby, gdyby taka odmienność dotyczyła mnie.
W każdym razie, dla mojej mamy, gej i tak był lepszą informacją, niż obcy, heteroseksualny mężczyzna. Mnie było to naprawdę obojętne. Współlokator to współlokator. Każdy przecież ma swoją sypialnię i swoje sprawy.
* * *
Obudził mnie głośny huk, jakby odgłos tłuczonego szkła. Zerwałam się z łóżka czując tylko, jak moje serce szybko bije. Zerknęłam na zegarek — akurat zbliżała się moja pora, by wstawać.
Wyszłam z sypialni i skierowałam się w stronę otwartych drzwi do łazienki. W pomieszczeniu znajdował się Richie. Pochylał się nad potłuczonym kinkietem.
— Cześć. Co się stało? – rzuciłam zaspanym głosem.
— Poza tym, że spadł klosz i jego fragment wbił mi się w nogę, to nic.
— I to jest nic? Pokaż to.
Podeszłam do chłopaka. Na jego stopie było niewielkie, zakrwawione rozcięcie.
— Idź sobie to obandażować. Ja już posprzątam ten bałagan.
— Dzięki. Zrobię ci za to tosty.
Po śniadaniu Richie zaproponował, że podwiezie mnie autem do pracy. Sam musiał coś załatwić w centrum, więc było mu po drodze. Dzięki temu zjawiłam się w Oxfordzie chwilę przed czasem.
— Kupisz nową lampę, czy ja mam to zrobić? — spytałam jeszcze zanim wyszłam z samochodu.
– Kupię. Tym razem plastikową albo jakąś gumową. — Zaśmiał się pod nosem. Również się uśmiechnęłam, następnie podziękowałam za podwózkę i poszłam do pracy.
Wchodząc tylnymi drzwiami minęłam się z Grahamem, naszym kelnerem. Następnie, już na korytarzu, natknęłam się na pana Christophera oraz księgową, panią Marthę. Na moje „Dzień dobry” odpowiedzieli szybko, nawet na mnie nie patrząc. Zbyt zajęci byli przeglądaniem jakichś dokumentów. Lub dokładniej mówiąc — pan Christopher wpatrzony był w papiery, a pani Martha w niego. Cały hotel huczał od plotek na temat ich relacji, jednak żadna z nich nigdy nie została potwierdzona.
* * *
Weszłam do kantorka. W środku zastałam Dahlię. Siedziała w kącie oparta o ścianę. Miała zamknięte oczy.
— Śpisz?
— Nie... Tak tylko siedzę — odparła cicho.
— A co tak wcześnie w pracy?
— Mogłabym spytać się ciebie o to samo.
— Współlokator mnie podwiózł.
Czekałam chwilę, aż Dahlia wyjawi powód swojego wczesnego przyjścia do roboty, ale ona tylko zamruczała coś pod nosem. Najwyraźniej nie czuła potrzeby, by się spowiadać. Niestety, nie był to pierwszy raz, gdy przychodziła do hotelu z podkrążonymi oczami. Bałam się, że coś się stało, ale nigdy nie chciała o tym gadać. Była skrytą osobą, a ja starałam się to uszanować.
Za jakiś czas pojawiła się reszta dziewczyn, a wkrótce po tym do kantorka wleciała zdyszana kierowniczka, spóźniona parę minut. Na wstępie przeprosiła tłumacząc się, że była jeszcze u menadżera i załatwiała kilka ważnych spraw. Następnie rozdzieliła między nas pracę.
— Jane, pamiętaj, że apartament prezydencki jest priorytetem przez najbliższe dni. Wszystko ma tam błyszczeć jak nowe. Pan Chapman prosił też o upranie garnituru. Ma być gotowy najpóźniej na drugą.
— Jasne. Dla takich napiwków, jakie zostawia, mogę mu uprać wszystko, o co poprosi.
— Dziękuję, na razie wystarczy tylko garnitur, ale cieszy mnie twoja chęć pracy — powiedziała Vivian i uśmiechnęła się. — Kolejna ważna sprawa. Proszę, abyście zwracały uwagę na znikające wieszaki. Ostatnio jest ich jakaś plaga, nie wiem co tak ludzie się na nie uwzięli. Każdy brak od razu zgłaszajcie do mnie. I ostatnia, najważniejsza rzecz. Potrzebuję dodatkowo dwóch dziewczyn na piątkowy wieczór. Szykuje się kilka imprez i ogromne obłożenie, więc przydadzą się dodatkowe ręce do pomocy.
— Ja odpadam, mam randkę — od razu wyrwała się Jane. W kantorku rozniósł się cichy śmiech.
— Jane, a kiedy ty nie masz randki? I zwiąż te włosy.
— Zapomniałam gumki.
Kierowniczka westchnęła, po czym zdjęła ze swojego nadgarstka gumkę do włosów i dała dziewczynie, która związała swoje gęste, słomiane włosy w koka.
— Dobra, któraś chętna, czy mam wybrać sama?
— Ja mogę.
Po krótkim namyśle podniosłam rękę. Stwierdziłam, że dodatkowa kasa zawsze się przyda, a na weekend i tak nie miałam innych planów. Razem ze mną zgłosiła się też Laura. Przynajmniej wiedziałam, że będę miała z kim pogadać w przerwie. Nie znałam zbytnio dziewczyn z drugiej zmiany, a Laura to jednak Laura.
* * *
Razem z moją przyjaciółką z pracy udałyśmy się w stronę windy. Po drodze minęłyśmy pana Lewisa, który w towarzystwie innego mężczyzny kierował się ku schodom na parter.
— Dzień dobry — rzuciłyśmy chórkiem. Menadżer odpowiedział nam kiwając głową, a jego towarzysz uśmiechnął się czarująco, bacznie nam się przyglądając. Laura westchnęła głęboko.
— Co się stało?
— Bell, czy ty widziałaś tego przystojniaka?
— Że niby kto? Tuckerson? Tak, prawie codziennie go widzę — zaśmiałam się pod nosem. Pan Lewis rzeczywiście był atrakcyjnym mężczyzną, chociaż zdecydowanie za niskim jak na moje gusta. I to jego tajemnicze spojrzenie, czasem aż przerażające. Ale wtedy dobrze wiedziałam, że Laurze chodziło o kogoś innego.
— Oj, przestań, o tym drugim mówię. Ten uśmiech, te oczy... O mamo. Powiedz, gdzie się skrywają takie ciacha?
— W 410 — odparłam jak gdyby nigdy nic, a potem weszłam do windy, która właśnie podjechała. Laura pospiesznie weszła za mną, wlepiając we mnie swoje błękitne oczy.
— A skąd ty to niby wiesz? Czy chcesz mi coś powiedzieć?!
— Uspokój się. Ten facet mieszka u nas w hotelu, widziałam go wczoraj — powiedziałam, przypominając sobie mężczyznę z błękitnym garniturze, który wpadł na mnie na korytarzu. — I tak się składa, że mam dziś jego pokój na swojej liście.
— Ugh, szczęściara. Trafiło jej się czwarte piętro... A ja co mam? Rzygających pijaków.
— Długo jeszcze będziesz to wspominać?
— Mam traumę, nie zrozumiesz — rzuciła wychodząc na swoim piętrze. Ja natomiast pojechałam dalej.
Idąc korytarzem, przypomniałam sobie rozmowę Tuckersonów z poprzedniego dnia. „Masz zerwać kontakty z tymi ludźmi, nie podobają mi się...”. Słowa pana Christophera ponownie zabrzmiały w mojej głowie i nie mogłam ich się pozbyć. Wnioskowałam z nich, że pan Lewis zadał się z jakimiś podejrzanymi ludźmi. Czyżby ten elegancik, który wpadł w oko Laurze, był jednym z nich? Czy może znowu przesadzałam i nadinterpretowałam wszystko?
____________________

Serdecznie witam wszystkich czytelników i oddaję w wasze rączki rozdział drugi.
Wiem, że akcja rozkręca się raczej powoli, ale z rozdziału na rozdział będziemy dowiadywać się coraz więcej informacji i mam nadzieję, że będzie robić się ciekawiej ;) Może już teraz kogoś zainteresowała ta historia?
 Rozdział trzeci pojawi się jeszcze w kwietniu. 
Do zobaczenia :*


4 komentarze:

  1. Cześć.

    Mam niejakie wrażenie, że strasznie pędzisz w tym opowiadaniu. Krótka scena -> następna krótka scena -> kolejna, jakby ktoś Cię gonił podczas pisania. Jestem przyzwyczajony do dłuższych, bardziej rozbudowanych form i sądzę, że niektóre sceny można by jeszcze bardziej rozwinąć. Tak już mam, nie zamierzam Cię przecież przekonywać do zmian.

    Oprócz jednej. Przy dialogach poziome kreski są ciut zbyt krótkie. Podejrzewam, że błędnie stosujesz dywiz (-) zamiast pół-pauzy (–) albo pauzy (—).

    No i nader często brakuje przecinków w odpowiednich miejscach albo jest ich nadmiar. Zależy od sytuacji.
    Chociażby tutaj: "Dopóki zarabiałam tyle(,) ile zarabiałam, raczej nie mogłabym sobie pozwolić na własne cztery kąty."

    Tak, jak powiedziałaś, fabuła rozwija się bardzo powoli, więc nie ma co komentować. Podejrzewam jedynie, że w piątkowy wieczór na pewno wydarzy się coś ciekawego. Tak samo zakładam, że Sam miała romans z Lewisem i że zaszła w ciążę, więc żeby ukryć skandal, została zwolniona.

    Pozdrawiam serdecznie,
    graf zer0.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówiąc szczerze, to nie wiem, czemu w poście kreski wyglądają na krótkie, używam normalnej półpauzy. Może to wina czcionki?
      I będę pracować nad przecinkami, chociaż byłam pewna, że nie mam z nimi większego problemu :P
      Dzięki za komentarz, pozdrawiam :)

      Usuń
    2. Hmm, najwidoczniej. Jestem już na to uczulony, większość autorek i autorów używa dywizu, dlatego zwracam na to uwagę.
      Interpunkcja to paskudna rzecz. Rzadko kiedy da się upilnować, żeby wszystkie przecinki były na swoich miejscach.
      Czasem też zdarzają się powtórzenia.
      "Weszłam do windy", a po chwili znowu słowo "weszła".

      Usuń
  2. Historia zaczyna mi przypominać serial "Gran hotel" tyle, że wersję uwspółcześnioną. Tamtejsza działa się na początku XX wieku. Tak czy inaczej, serdecznie polecam.
    Faktycznie zalatuje Homerem, takim świadomym i przemyślanym spowalnianiem akcji, ale sama uprzedzałaś już w opisie, że to zarówno kryminał jak i obyczajówka, więc nie spodziewałem się tutaj akcji za akcją. Niemniej jednak ciekawi mnie ta pierwsza zbrodnia, bo skoro kryminał, to powinien być też trup. Stawiam na to, że coś stanie się przy klepaniu nadgodzin.
    Co do gejów, to nie ma co liczyć na moją tolerancję, dla mnie to zawsze będzie nienormalne zboczenie.

    Pozdrawiam
    http://dariusz-tychon.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Podziel się swoją opinią :)