08.12.2017

Rozdział 14

Leżałam z laptopem na kolanach i czytałam e-booka, do którego nie zaglądałam przez jakiś tydzień. Postanowiłam otworzyć książkę, by moje myśli zaczęły w końcu krążyć wokół czegoś innego niż Oxford. Ostatnimi czasy żyłam tylko tym cholernym hotelem i rzeczami, które się w nim działy. Tak, moja ciekawość rosła z dnia na dzień i niczego tak nie pragnęłam jak dowiedzenia się prawdy, ale potrzebowałam chwili wytchnienia, by nie przegrzał mi się mózg od tego wszystkiego.
Rozdział tak mnie pochłonął, że nie chciałam się od niego oderwać, nawet jak zaczął dzwonić mój telefon. Dopiero po przeczytaniu kolejnych czterech stron postanowiłam zerknąć na wyświetlacz. Okazało się, że dobijała się do mnie przyjaciółka. Postanowiłam od razu oddzwonić.
— Możesz gadać? Myślałam, że nie odbierasz, bo ciągle jesteś z Vincem.
— W ogóle się z nim nie widziałam.
— Jak to, wystawił cię, czy ty jego?
— Napisał mi, że coś mu wypadło i się odezwie.
— Wypadło? Ciekawe co, skoro jest na urlopie?
— Ta, wiem.
Ciągle byłam na niego wkurzona. Tak naciskał, żeby nagle mnie wystawić. Był niepoważny.
— No dobra, a co z Dahlią? — kontynuowała Laura. — Może z nią chociaż porozmawiałaś?
— Tak. I wydaje mi się, że ona była dziś na haju.
— Po skręcie?
— Raczej po czymś mocniejszym.
— Żartujesz?
— Miała przyspieszony oddech i wielkie źrenice.
— To dlatego była dziś taka pobudzona... Cholera, teraz naprawdę nie wiem co myśleć. Jedna teoria wyklucza drugą.
— Wiesz co — zaczęłam, wyczuwając ten podejrzliwy ton Laury — nie mam teraz ochoty na rozmawianie o teoriach. Chcę odpocząć.
— Dobrze, rozumiem. W takim razie, do zobaczenia jutro w pracy. Cześć.
Rozłączyłam się i odłożyłam telefon, uprzednio go wyciszając. Chciałam całkowicie zatracić się w fabule czytanej powieści, a do problemów pracowników hotelu wrócić dopiero następnego dnia.
* * *
Ponura jesień już na dobre zagościła w Denver. Mimo tego była jedna rzecz, która mnie cieszyła — nie rozchorowałam się. Skończyło się tylko na chwilowym stanie podgorączkowym. I to by było na tyle, jeśli chodzi o pozytywy w tamtym czasie.
Z samego rana w szatni natknęłam się na George'a. Od razu przypomniałam sobie o sytuacji z poprzedniego dnia. Pomyślałam o kobiecie, która nie mogła znaleźć swoich kolczyków i powiedziała, że z jej bagażem kontakt miał tylko bellboy. Zaczęłam mu się przyglądać. Czy zachowywał się podejrzanie? Chował coś po kieszeniach? Czy w ogóle ten uśmiechnięty, pogodny chłopak, który nigdy nie narzekał na upierdliwych gości, mógł być złodziejem?
Chyba już nic by mnie nie zdziwiło. Chociaż oznaczałoby to, że w tym miejscu nikomu nie można ufać. Poza Laurą, oczywiście. Tej dziewczyny byłam akurat pewna jak niczego innego.
Wkrótce w szatni pojawiła się moja przyjaciółka. Gdy tylko mnie ujrzała, zdjęła czapkę i obróciła się wokół własnej osi.
— I jak? — zapytała. Jej włosy wyglądały niczym z reklamy najlepszego szamponu. Lśniły się i idealnie układały.
— Ładnie, ale wiele się nie zmieniło. Już się bałam, że zgolisz się na łyso, albo przefarbujesz na zielono.
— Rozjaśniłam tylko o parę tonów i podcięłam końcówki.
— Zrobiłaś to specjalnie na randkę? — spytałam zadziornie śmiejąc się w duchu. Zazwyczaj to ona rzucała takie komentarze.
— Nie zrobiłam tego dla żadnego faceta — odparła pewnie. — Do fryzjerki umówiona byłam już dwa tygodnie temu. Dzisiejsze spotkanie z Joshem to zupełny zbieg okoliczności.
— Przecież wiesz, że żartuję.
Po dziesięciu minutach obie byłyśmy już przebrane w uniformy. Laura udała się do kantorka, natomiast ja postanowiłam podskoczyć jeszcze na recepcję. Wciąż spokoju nie dawała mi jedna sprawa i musiałam ją wyjaśnić.
— Cześć, Nate.
Spojrzał na mnie kątem oka i uśmiechnął się, po czym wrócił do obsługiwania drukarki.
— Co tam?
— Powiedz mi, czy od wczoraj ktoś zgłaszał jakieś zgubione rzeczy?
— Ja nic takiego nie pamiętam, ale może na zmianie Alice coś było. Zaczekaj chwilę.
Skończył drukować, po czym sięgnął po duży zeszyt leżący na blacie i otworzył na konkretnej stronie.
— Hmm, Alice nic takiego nie zanotowała.
To dobrze, pomyślałam. Kobieta nie zgłosiła kradzieży, czyli pewnie zostawiła biżuterię w domu, tak jak myślała.
— Spytaj jeszcze Vivian — kontynuował. — Może ona przyjęła jakieś zażalenia i jeszcze nie przekazała tego dalej. A czemu tak właściwie cię to interesuje?
— Może kiedyś ci powiem. Jak ty opowiesz mi to, co obiecałeś wczoraj.
Nate pokręcił głową śmiejąc się.
— Informacja za informację? Mam tylko nadzieję, że nie chronisz tu żadnego złodzieja.
— Drobny złodziejaszek to nie tak poważna sprawa, jak szantażujący szef, prawda?
Palnęłam trochę bez namysłu, ale Nate nie wyglądał na wkurzonego. Po prostu trochę się zgasił.
— Masz rację. Obiecałem, że wszystko ci opowiem, to słowa dotrzymam.
— Mam tylko nadzieję, że nie będziesz tego odkładać w nieskończoność.
Dobrze, że żadne z nas w tamtym dniu nie było w złym humorze. Inaczej Nate znowu by na mnie nakrzyczał, że jestem natrętna, a ja na niego, że coś przede mną ukrywa. Nasza ostatnia rozmowa chyba sprawiła, że obydwoje trochę ugasiliśmy nasze emocje.
* * *
— Niestety, w tym roku nie będzie imprezy z okazji Halloween — zaczęła Vivian w trakcie odprawy. — Hotel jak zawsze zostanie przystrojony, ale nic więcej.
— A pogrzeb? — postanowiłam spytać. — Wiesz, kiedy będzie?
— W poniedziałek. Ale nawet nie myślcie, że któraś z was dostanie wolne na ten czas.
Cóż za przemiłe rozpoczęcie zmiany. Takie imprezy jak Halloween oznaczały dla personelu nadgodziny i więcej roboty, ale mimo tego zrobiło mi się trochę przykro. Widziałam zdjęcia z zeszłorocznego przyjęcia odbywającego się w hotelu. Był to przebierany bal w weneckim stylu. Oxford był idealnym miejscem na takie bale, jednak rozumiałam decyzję menadżera. Wesoła impreza o tematyce śmierci mogła wtedy nie być w dobrym guście. Bo jak tu się bawić i śmiać, gdy ktoś naprawdę zmarł? I jeszcze ten pogrzeb... Ściskało mnie na samą myśl, że nie będę mogła się tam pojawić.
Mimo że tamtego dnia pracowałam na piętrze drugim, postanowiłam udać się jeszcze na trójkę. Zrobiłam to przed samym pójściem na przerwę. Niby Nate trochę mnie uspokoił mówiąc, że nie było nowych skarg od gości, zresztą Vivian również temu zaprzeczyła, jednak ja wolałam mieć stuprocentową pewność, że wszystko było w porządku.
Zapukałam do drzwi. Ku mojemu zadowoleniu otworzyła mi kobieta od zawieruszonych kolczyków. Bałam się, że może się już wymeldowała.
— Dzień dobry, ale... u mnie był już dziś housekeeping.
— Wiem, ja w innej sprawie. Wczoraj przyniosłam pani szlafrok, pamięta pani?
— Ach, tak — uśmiechnęła się. — Coś nie tak z tym szlafrokiem? Bo ja nie zauważyłam żadnych defektów.
— Nie, nie w tym rzecz. Chodzi o kolczyki. Wspomniała pani, że nie może ich znaleźć. I zastanawiam się, czy...
— Och, to już nieważne! — Machnęła ręką. — Mąż znalazł je w mojej szkatułce z biżuterią. Zwykła gapa ze mnie.
— Bardzo się cieszę, że jednak nie zaginęły.
— Tak, niech się pani nie martwi. Na pewno nikt mnie tu nie okradł.
Jej może nie, pomyślałam. Szkoda, że przypadki poprzednich kradzieży się tak szybko nie wyjaśniły...
* * *
Siedziałyśmy z Laurą i Dahlią w kantorku. Ja i moja przyjaciółka chciałyśmy napić się herbaty w zaciszu i trochę poplotkować, natomiast Dahlia usiadła na krześle i zapadła w drzemkę opierając się o ścianę. Po jej energii z poprzedniego dnia nie było śladu. Już nie miałam pomysłu co zrobić, by jej pomóc. Laura powiedziała, że następnym razem ona spróbuje z nią porozmawiać. Może jej jakoś uda się dotrzeć do Dahlii?
— Gotowa na dzisiejszy wieczór? — zapytałam przyjaciółki.
— Tak. Widzimy się o siódmej.
— Gdzie idziecie?
— Powiedział, że zabiera mnie do jakiejś fajnej knajpy, którą niedawno odkrył.
— Tylko nie daj się ponieść emocjom.
— Postaram się. Dziś wieczorem będę profesjonalnym detektywem. Nadpobudliwą Laurę zostawię w domu.
— Nie wczuwaj się aż tak. Profesjonalny detektyw? Masz zamiar go nagrywać na dyktafon, czy co?
— Hej, to wcale nie takie głupie...
Prawie parsknęłam śmiechem.
— Dobra, już się nie śmiej. Lepiej powiedz co z Vincem.
— Poczekam dzień albo dwa. Jak się nie odezwie, to ja już naprawdę nie wiem o co mu chodzi... Ty mówiłaś serio z tym dyktafonem?
Gdy tak śmiałyśmy się z naszych głupich pomysłów, usłyszałyśmy stłumione krzyki na korytarzu. Z sekundy na sekundę głosy stawały się coraz donośniejsze.
— Co tam się dzieje? — spytała Laura. Wstała od stołu i otworzyła drzwi. Poszłam razem za nią.
Na korytarzu stał menadżer, a przed nim księgowa. Tuckerson trzymał plik papierzysk i wymachiwał nimi przed skuloną panią Marthą.
— Czy ty, kobieto, umiesz w ogóle liczyć?! Co z ciebie za księgowa? Hotel mógłby mieć ogromne kłopoty, gdybym zatwierdził takie rachunki!
— Ja... przepraszam, poprawię to...
— Wóda wyżarła ci chyba mózg! Jutro już możesz tu nie przychodzić. Nie wiem, czemu mój ojciec cię tu trzymał. Chyba nie sądziłaś, że kiedykolwiek wkupisz się do naszej rodziny.
Lewis odszedł mijając George'a, Grahama i jeszcze kilka osób, którzy zjawili się na korytarzu przyciągnięci wrzaskami.
— Na co się gapicie? Do roboty!
Nie wiedziałam co powiedzieć. Wmurowało mnie w podłogę, zresztą Laurę też. Krzyki obudziły nawet Dahlię, która również zaczęła przyglądać się sytuacji zza mojego ramienia.
Czy Lewis Tuckerson właśnie zrobił awanturę Marthcie Cleese na oczach personelu i gości? Co wstąpiło w tego człowieka?
Laura wyminęła mnie i podbiegła do księgowej, która stała na środku korytarza i płakała. Ruszyłam za przyjaciółką.
— Co się stało? — spytała Laura, obejmując ją za ramię.
— Przecież ja bym poprawiła te obliczenia, każdemu zdarzają się błędy... Ja tu pracuję prawie osiem lat, jak on mógł mnie tak potraktować...
Widok zapłakanej pani Marthy łamał moje serce. Byłam wściekła na Lewisa. Potraktował ją w wyjątkowo bezczelny sposób. Gdyby nie był moim szefem, chyba dałabym mu w twarz.
— Może da się to jakoś naprawić? — powiedziałam. — Przecież nie może pani ot tak zwolnić.
— Ale ja już tu nie wrócę. Nie po tym, co się stało. Przepraszam, że byliście świadkami tej sytuacji. Boże, co za wstyd...
Pani Martha odeszła, wręcz uciekła ze spuszczoną głową. Mały tłum, który zrobił się na korytarzu, powoli zaczął się rozstępować. Laura i Dahlia wróciły do kantorka, a Graham podszedł do mnie.
— Jakby jakiś diabeł w niego wstąpił — powiedział. — Dziś rano wszedł na kuchnię i zaczął się czepiać o burdel. Goście z sali na bank go słyszeli.
— Jak tak dalej będzie, to odejdzie połowa personelu.
— Szef kuchni już zagroził, że się zwolni. Dwie kelnerki też coś wspominały o zmianie roboty.
— A ty?
— Kocham to miejsce, mimo wszystko. Pan Tuckerson zawsze mówił, że jestem jego najlepszym kelnerem. Nie zrobiłbym mu tego. Dopóki Lewis nie postanowi mnie wywalić za jakąś pierdołę, nigdzie się stąd nie ruszam.
— To dobrze. Jesteś jedną z nielicznych normalnych osób tutaj.
W hotelu działo się coraz gorzej. Morderca pana Christophera wciąż chodził na wolności, a jego syn powoli zamieniał się w bezdusznego robota. Tuckersonowie zawsze przywiązywali wagę do swoich pracowników. Oxford nie był jak każdy typowy hotel, w którym rotacja personelu jest bardzo duża. Wielu ludzi pracowało tu od lat, w tym barman, szef kuchni, kierowniczka piętra czy księgowa. Wyrzucona na bruk pani Martha, czy grożący zwolnieniem kucharz to znaki, że w tym miejscu było źle. Bardzo źle.
* * *
Hotel opuściłam wraz z Laurą. Przeszłyśmy razem na drugą stronę ulicy. Przechodząc obok znajdującej się na rogu włoskiej restauracji, przyjaciółka zatrzymała mnie.
— Popatrz — powiedziała, wskazując na knajpkę. Przy stoliku pod oknem siedziała pani Martha.
Laura zaciągnęła mnie do środka. Od progu uderzył we mnie przyjemny aromat pomidorów i czosnku. Wnętrze było skromne, ale bardzo urokliwe. Jasna drewniana podłoga i kremowe ściany kontrastowały z czerwonymi obiciami foteli oraz obrazami w podobnych barwach. Pogodna muzyka lecąca z głośników nad barem mieszała się z rozmowami i śmiechami ludzi, którzy przyszli na obiad lub kawę.
Podeszłyśmy do stolika pani Marthy. Siedziała pochylona, a kasztanowe włosy opadały na jej twarz. Obok stała butelka czerwonego wina.
— Pani Martho? — zaczęła cicho Laura. Kobieta podniosła głowę i spojrzała na nas. Ponownie tamtego dnia moje serce złamało się na jej widok. — Czy wszystko w porządku?
— Lubiliśmy tu przychodzić z Christopherem — zaczęła słabym, nieco zachrypniętym głosem. — Podają tu przepyszne tagliatelle i pesto. Ale wina też mają niezłe...
Dosiadłyśmy się do stolika. Pani Martha nalała sobie kolejną lampkę alkoholu i wzięła duży łyk.
— Lewis nie miał racji — kontynuowała. — Wcale nie chciałam wejść do ich rodziny. Christopher był dla mnie ważny, ale nigdy nie oczekiwałam żadnych deklaracji z jego strony. Wiem, że bardzo kochał Jacqueline, swoją żonę. Po jej śmierci nigdy już nie znalazł sobie kobiety. Nie zajęłabym jej miejsca, nawet na to nie liczyłam. Przyjaźniliśmy się, to wszystko...
— To dlaczego menadżer tak panią potraktował? — spytałam.
— Nigdy za mną nie przepadał. Chyba bał się, że zabiorę mu ojca. Był też zły, że Christopher zaufał mi, pomimo mojego problemu. Za jego życia Lewis starał się tłumić swoją wrogość. Ale teraz...
Chwyciła serwetkę i wytarła z policzków spływające łzy.
— Gdy Christopher przepadł jak kamień w wodę, a potem znaleziono jego ciało... ja nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Nie piłam już kilka miesięcy i nagle znowu zaczęłam. Straciłam wszelkie siły, ciągle byłam roztargniona. Spieprzyłam te cholerne faktury. Dla Lewisa to była idealna okazja, by się mnie pozbyć. Gdzie ja teraz znajdę pracę? Kto przyjmie starą księgową?
Dopiła zawartość kieliszka, po czym ponownie uzupełniła go alkoholem.
— A propos pana Christophera... — zaczęłam ostrożnie. — Czy może domyśla się pani, kto mógł zrobić mu krzywdę? Był z kimś skonfliktowany?
— Ja już rozmawiałam z policją. Nic im nie powiedziałam, bo nic nie wiem, a nie zamierzałam rzucać oskarżeniami w niewinne osoby.
— Czy ma pani na myśli kogoś konkretnego?
— Lewis to naprawdę dobry chłopak. Bardzo wrażliwy. Niestety, w sytuacjach stresowych często reaguje agresją. Ale nawet nie chcę sobie wyobrażać, że mógłby być zdolny do tak okropnego czynu. Przecież stracił już matkę i bardzo to przeżywał. Przemknęło mi to przez myśl, tak, ale nie chcę go o nic oskarżać.
Nastała cisza. Słowa pani Marthy były zastanawiające. Ona i pan Christopher przyjaźnili się. Sądziłam, że będzie wiedziała więcej na temat jego prywatnych problemów niż inni, a tymczasem bez zastanowienia wspomniała o Lewisie.
Złapała za kieliszek i zamierzała wypić jego zawartość, ale wtedy Laura złapała ją za dłoń.
— Niech pani tego nie robi. To przecież nie rozwiąże pani problemów.
— Ale może trochę mnie znieczuli... Co innego mi zostało.
— Na pewno znajdzie pani pracę — powiedziałam. — Ma pani duże doświadczenie, wiek nie gra roli. Pan Lewis niesprawiedliwie panią potraktował i nie powinna się pani o nic obwiniać.
— Dziękuję, dziewczynki. Jesteście bardzo miłe.
Posiedziałyśmy z panią Marthą jeszcze chwilę. Upewniłyśmy się, że nie dopije reszty wina i poczekałyśmy, aż wyjdzie z restauracji. Niestety, zapewne to niewiele dało. Jeśli miała ochotę się upić, to i tak to zrobiła później w domowym zaciszu.
Cholerny Lewis. Aż sama zaczęłam zastanawiać się nad odejściem z pracy. Było jednak kilka rzeczy, które wciąż mnie w niej trzymały, dlatego najpierw chciałam je doprowadzić do końca.
* * *
— Za jakieś piętnaście minut wychodzę z domu — powiedziała Laura, gdy zadzwoniła do mnie późnym popołudniem. — Trochę się stresuję.
— Spokojnie, wszystko będzie dobrze. Tylko masz tam na siebie uważać, proszę.
— Będę, oczywiście, że będę. Ale jeśli nie dam znaków życia do jutra, to przynajmniej wiesz z kim pojechałam. Ułatwisz sprawę policji w szukaniu mnie.
— Nawet sobie tak nie żartuj!
— Spoko, próbuję wyładować stres. Dopiero teraz mnie dopadł, nie wiem dlaczego. To tylko kolacja, zwykła kolacja. Może ten facet nie jest taki zły? Może nie zorientuje się, po co się z nim umówiłam? To będzie jeden wieczór, potem mu podziękuję. Pewnie już nigdy żaden taki facet się mną nie zainteresuje, ale trudno...
— Kiedyś znajdziesz swojego Leonarda, który nie będzie kolegą szefa, nie martw się.
— Jasne, chyba w następnym życiu...
— Pamiętaj, żeby zdawać mi relacje, tak?
— Dobrze, mamusiu. Ale nie obiecuję, że wrócę do domu przed północą.
— Wariatka. Miłego wieczoru.
— Dzięki.
Siedziałam przed laptopem bezcelowo przeglądając sieć. Ciągle odświeżałam te same strony internetowe. Czytanie książki też skończyło się po jednym krótkim rozdziale, bo nie mogłam się skupić. Chciałam przestać myśleć o Laurze i bać się o nią jak matka o swoją niewinną córkę, ale nic nie mogłam poradzić na to, że trochę zżerały mnie nerwy.
Czekając na wieści od mojej przyjaciółki, wpadłam na jeden pomysł. Weszłam na stronę z ofertami pracy. Tą samą, na której znalazłam ogłoszenie dotyczące roboty w Oxfordzie. Wybrałam konkretne miasto, branżę, datę i zaczęłam szukać. Bardzo szybko znalazłam to, co chciałam.
„Hotel w centrum miasta zatrudni wykwalifikowaną księgową”.
Ogłoszenie dodane trzy godziny temu. Z tego samego konta, które dodało ofertę pracy, na które odpowiedziałam kilka miesięcy wcześniej.
Cóż, miałam już pewność, że Tuckerson zwolnił panią Cleese i zaczął szukać na jej miejsce kogoś nowego.
Zaczęłam z ciekawości przeglądać oferty z innych hoteli. W kilku szukano pokojówek, w kilku kelnerek, w jednym nawet kierownika piętra. W razie kłopotów przynajmniej było gdzie powysyłać swoje CV...
Po jakichś dwóch godzinach od wyjścia z domu, w końcu odezwała się Laura. Z ogromną ciekawością odczytałam wiadomość.
„Jest dobrze. Przepyszne krewetki”
Myślałam, że ją uduszę. Recenzja owoców morza była ostatnią rzeczą, która mnie wtedy interesowała.
„I tyle? Dowiedziałaś się czegoś na temat hotelu, pana Christophera?”
„Na razie niewiele. Opowiada głównie o prowadzeniu kasyna i takich tam”
„No to postaraj się wyciągnąć od niego więcej, na pewno coś wie”
„Zrobię co w mojej mocy. Muszę już wracać. Powiedziałam, że idę tylko na moment do łazienki”
Trochę odetchnęłam. Wyglądało na to, że są w restauracji, jedzą kolację i gadają o pierdołach. Ze spokojniejszym umysłem ponownie otworzyłam książkę. W końcu mogłam się na niej skupić.